Jerzy RYLSKI
Piszę tylko „Szkic wspomnień”, bo minęło już przeszło pół wieku od mojego pobytu w tym gimnazjum, a czas pokrywa niepamięcią różne zdarzenia życiowe.
Gimnazjum im. T. Reytana mieściło się w Warszawie przy ulicy Książęcej Nr 4. Obecnie nie ma już tego cztero-czy pięciopiętrowego budynku, w którym przyszło mi spędzić 9 lat chłopięcej młodości, ponieważ budynek ten został doszczętnie zburzony w czasie Powstania Warszawskiego, podobnie zresztą jak wiele innych budynków zajmujących całe ulice naszego kochanego miasta.
Najpierw może powiem po krótce, w jaki sposób znalazłem się w tym gimnazjum, które obecnie nosi nazwę „liceum” i mieści się na Mokotowie, przy ul. Wiktorskiej róg Kazimierzowskiej. Liceum to ukończyło po wojnie czworo moich dzieci (trzej synowie i córka), co było zapewne następstwem mojej szczególnej sympatii dla tej szkoły.
W przedwojennej Warszawie było wiele szkół średnich 8-mio klasowych, po których ukończeniu można było uzyskać maturę. Większość z nich to szkoły prywatne, zresztą bardzo dobre (jak np. Szkoła Reya czy Górskiego), ale były to szkoły dość kosztowne. Szkoły państwowe natomiast były znakomite i stosunkowo tanie, lecz dostać się do nich nie było łatwo, bo pierwszeństwo przyjęcia miały dzieci pracowników państwowych i wojskowych, a kandydaci do tych szkół musieli zdać dość trudny egzamin wstępny. Szkół tych zresztą było niewiele.
Początkowo uczyłem się w domu. Przychodziła do nas starsza już pani nauczycielka, która mieszkała w sąsiedztwie. Po 3 latach takich domowych „studiów” zdawałem egzamin wstępny do gimnazjum im. Tad. Reytana. Po egzaminie przyszedłem z ojcem dowiedzieć się o wynik egzaminu i o decyzję co do przyjęcia mnie do szkoły. Tu przyjął nas dość chłodno dyrektor gimnazjum p. Józef Jaroszyński i powiedział ojcu, że są pewne trudności z przyjęciem mnie do szkoły, ze względu na moje niewłaściwe pochodzenie.
Ojciec mój bardzo się przejął i rzekł: „pochodzenie syna nie powinno być przeszkodą, bo jest ono chyba nienajgorsze. Sam jestem wprawdzie tylko dyrektorem w Banku Spółdzielczym Rzemieślniczym (przy ul. Miodowej 14), ale posiadam herb, z którego wynika, że przodkowie moi wywodzili się raczej z dobrej rodziny”. Tu nawet wyjął z kieszeni oryginał herbu i okazał dyrektorowi Jaroszyńskiemu. Ten machnął niecierpliwie ręką i powiedział mniej więcej tak” „Dość, panie dyrektorze! Jeżeli mówiłem, że trudnością w przyjęciu syna do naszej szkoły jest pochodzenie – to miałem na myśli zupełnie co innego. Może wyraziłem się nie dość precyzyjnie, za co pana przepraszam. Pan jako dyrektor banku spółdzielczego nie jest oczywiście ani urzędnikiem państwowym ani wojskowym. Ta kwestia była właśnie powodem dyskusji naszych członków komisji egzaminacyjnej. Doszliśmy jednak w końcu do wniosku, że – w drodze wyjątku - możemy przyjąć pańskiego syna do naszego gimnazjum, ponieważ bardzo dobrze zdał egzamin wstępny. Mogę więc panu zakomunikować, że syn został przyjęty”.
Radość mojego ojca, gdy to usłyszał, była ogromna, moja zresztą też. Ojciec podziękował uprzejmie panu dyr. Jaroszyńskiemu i wyszliśmy z gmachu. Na Nowym Świecie ojciec zapytał mnie, czy chciałbym z nim wejść na chwilę do kawiarni Nadświdżańskiej przy rogu Alei Jerozolimskich na kawę ze śmietanką i ciasteczka. Oczywiście, radośnie wyraziłem na to zgodę. Następnie powiedział, że musimy pójść jeszcze na ul. Podwale (Stare Miasto), aby od razu kupić tam granatową czapkę szkolną, przypominającą kształtem czapki oficerów francuskich.
- A dlaczego aż na Podwale? – zapytałem - Bo tam znajduje się firma Tuczyn, która robi czapki najwięcej udane – odpowiedział mi tata. Tam też właśnie ojciec nabył dla mnie piękną granatową czapkę z czarnym błyszczącym daszkiem oraz takąż przepaską, jak również ze srebrnym orłem polskim, na którym widniały złote litery: „G – R”, czyli gimnazjum Reytana. Takie czapki nosili tylko stosunkowo nieliczni uczniowie. Byłem ogromnie dumny z posiadania takiej czapki i kiedy szliśmy potem do domu, patrzyłem trochę z góry na przechodzącą publiczność, a zwłaszcza na policjantów, gdyż zdawało mi się, że jestem od nich ważniejszy.
1 września 1922 r. zgłosiłem się już jako uczeń do pierwszej klasy gimnazjum im. Tad. Reytana. Tu, kiedy mnie zapytano, czy wolę wydział matematyczno-przyrodniczy (A), czy też wydział klasyczny (B), gdzie uczyć się będę łaciny, greki i kultury klasycznej – oświadczyłem, że wolałbym wydział klasyczny. I do tej pory byłem aż do matury na wydziale klasycznym.
1. Moi koledzy w gimnazjum Reytana
W latach 1922-1928 przeszedłem 6 lat szkoły średniej, poznałem też wszystkich profesorów oraz grupę kolegów, ale nazwisk ich oraz cech osobistych już dzisiaj po prostu nie pamiętam. Klasę 6-tą musiałem powtarzać, ponieważ gnębiła mnie przez cały rok dość przykra choroba, a mianowicie zapalenie opłucnej. Wywołał ją mój niefortunny skok do Wisły z trampoliny w szkole pływania, ponieważ upadłem na bok do wody i odbiłem go bardzo mocno.
Pamiętam natomiast dość dobrze kolegów, których poznałem w niższej o rok klasie szóstej, z którymi następnie zdawałem maturę. Z kilkoma kolegami z poprzedniej klasy 6-tej miałem do czynienia przez długie lata, a to z Czesławem Dębskim (sędzią arbitrażowym), dr. Januszem Bobińskim, znawcą spraw leśnych oraz z Zygmuntewm Jaroszem, wybitnym działaczem lewicowym. Z Jaroszem spotykałem się także w czasie okupacji na tajnych zebraniach, gdzie dyskutowaliśmy sprawy o charakterze politycznym. W dyskusjach tych brali osobiście udział: redaktor Henryk Korotyński, sędzia Jerzy Fleszyński i dyr. UW. Jan Baculewski. Dyskusje te były ciekawe i bardzo wartościowe, bo Zygmunt Jarosz znał dobrze dyskutowane kwestie, a – gdyby żył – niechybnie był by w Polsce Ludowej wybitnym działaczem. Zygmunt był synem przedwojennego policjanta, a jego siostra koleżanką szkolną mojej siostry Barbary w gimnazjum im. M. Konopnickiej.
W nowym zespole klasy 6-tej było około 20 kolegów, z którymi żyło mi się bardzo dobrze, a z niektórymi z nich utrzymuję nadal jeszcze bliskie stosunki. Z bólem wspominamy kolegę dr med. Jerzego Stryjewskiego, którego hitlerowcy rozstrzelali w Wawrze w grudniu 1939 r. oraz ks. Stanisława Klimczaka, którego zabili, gdy jechał do ciężko chorego ze Św. Sakramentami. Nazwisko jego jest uwidocznione w Katedrze Warszawskiej na marmurowej tablicy.
Kolega Zawadowski jest profesorem językoznawstwa na Uniwersytecie we Wrocławiu, a kolega Wł. Kierst – profesorem medycyny na Uniwersytecie w Gdańsku. Nie żyją już: dr med. Stefan Mogielnicki, inż. Henryk Orpiszewski, red. Janusz Łyczko i aktor Wiktor Sikorski. Co się obecnie dzieje z kolegami:Apolinarym Księżopolskim, Tadeuszem Szeferem, Janem Skórskim i Bronisławem Kirszem – po prostu nie wiem.
2. Moi nauczyciele w gimnazjum im. Tad. Reytana
Do najważniejszych przedmiotów szkoły na wydziale klasycznym należały: język polski, język łaciński, język grecki i kultura klasyczna.
Stopień uzyskany z jęz. Polskiego miał bardzo ważne, a może nawet najważniejsze znaczenie, ponieważ świadczył najlepiej o cechach osobistych danego ucznia, a szczególnie o jego bystrości, ogólnej inteligencji i znajomości literatury polskiej. Wykładowcą tego przedmiotu był, przez cały czas mego pobytu u Reytana, profesor Kazimierz Kwiek.
Wszyscy go trochę się lękali, bo był bardzo wymagający, a uzyskanie pełnej 3-ki z j. polskiego wcale nie było łatwe. Jeśli udało mi się uzyskać z tego przedmiotu stopień bardzo dobry i mam nawet taki stopień na maturze – to wymagało to dużego wysiłku, na który zdobywałem się systematycznie i to z dużą przyjemnością. Wiele czytałem, gdyż pasjonowała mnie literatura, zwłaszcza znałem już nieźle dzieła Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego, bo ci pisarze byli dla mnie ogromnie bliscy i interesujący. Piątki z polskiego miały w naszej klasie tylko 2 osoby: ja i Henio Korotyński. Było też kilku kolegów z czwórkami, a reszta to trójki – czasem nawet bardzo zagrożone. I tak np. do grupy kolegów, którzy zabiegali wówczas o utrzymanie „trójki”, należał kol. Witold Sikorski. Dlatego tak było, nie wiem, bo był chłopcem ogólnie inteligentnym, a marzeniem jego było występowanie na scenie, co zdaje się osiągnął dopiero w Anglii, dokąd wyjechał na długie lata.
Na jednej z lekcji prof. Kwiek wywołał go do czytania domowego wypracowania, od czego zależało jego przejście do następnej klasy. Przeczytał to wypracowanie. Wówczas profesor Kwiek zwrócił się do całej klasy o ocenę tego wypracowania. Zabierało głos kolejno 6-ciu kolegów i każdy z nich bardzo krytycznie oceniał treść odczytanego wypracowania. Pomyślałem wówczas: tak mnie może być, przez te krytyczne głosy Witek może dostać dwójkę i przegrać ważną sprawę – przejście do następnej klasy. Widzę, że trzeba go ratować i to szybko. Poprosiłem o głos jako siódmy i zaimprowizowałem z miejsca bardzo pozytywną wypowiedź. Przyznam się, iż bałem się trochę, że narażę się prof. Kwiekowi, ale ten powiedział ku memu zdumieniu: proszę panów, jeśli taki „homo peritus” jak pan Rylski mówi, że nie jest najgorzej – to musimy to przyjąć jako słuszne. I postawił Witkowi pełną trójkę za wypracowanie. Witek Sikorski za ten ratunek bardzo mi potem podziękował i często do tego wydarzenia w rozmowie nawracał.
A teraz jeszcze inny fragment z lekcji jęz. Polskiego. Jeden z kolegów, Tadeusz Szefer, miał bardzo złą wymowę. Mówił on tak po polsku, jak mógłby mówić Niemiec, który niedawno przyswoił sobie język polski. Po prostu trochę się jąkał i gubił w swej wymowie cały urok naszej mowy. Tymczasem prof. Kwiek kazał mu powiedzieć na pamięć wiersz Kochanowskiego, w którym był fragment: „na lwa srogiego bez odrazy wsiądziesz itd.”. Kol. Szefer zaczął po swojemu recytować ten wiersz i kiedy doszedł do słowa: „wsiądziesz” powiedział dalej: „i na Panu Bogu” . Tu się zatrzymał, bo pewnie coś mu się wydawało nie tak. Ale w tej chwili prof. Kwiek podpowiedział mu powtarzając te słowa ” i na Panu Bogu”. Szefer szybko podchwycił słowa profesora i powiedział: „i na Panu Bogu jeździć będziesz”. – co spowodowało natychmiast gromki wybuch śmiechu całej klasy. A prof. Kwiek jakby krzyknął: „Ja ci, Szefer, pojeżdżę na Panu Bogu, siadaj! Tadzio Szefer poczuł się jakby załamany i zaraz zauważyliśmy łzy w jego oczach. Ale profesor podszedł do niego, pogłaskał go po głowie i powiedział: „no już dobrze, dobrze, uspokój się, a na przyszłość pamiętaj więcej myśleć, co mówisz, gdyż cytujesz wiersze”. Szefer był więc uspokojony, a klasa miała okazje drwic z niego na pauzie: „ty, Szefer – wołali koledzy – „ty, co jeździsz na Panu Bogu” itp.
Jednym z najsympatyczniejszych profesorów w całej szkole był profesor łaciny Stanisław Ostrowski. Prawie zawsze rozpoczynał swą lekcję z uśmiechem, opowiadał jakąś anegdotkę, przeważnie ze swoich ostatnich przeżyć. Klasa tak się do tego przyzwyczaiła, że kiedy profesor chciał od razu przystąpić do łaciny – chłopcy wołali: „Panie profesorze, a co się panu ostatnio wydarzyło?” Wtedy prof. Ostrowski trochę poważniał, ale potem znowu się uśmiechał i przystępował do opowiadania jakiejś anegdotki. I tak np. opowiedział takie wydarzenie: „Wiecie, kochani, kiedy jechałem do was pociągiem elektrycznym spod Warszawy, wszystkie miejsca siedzące w przedziale pociągu były kompletnie zajęte. Musiałem więc stać. A tu do naszego przedziału, w którym siedział na ławce pewien młody oficer, weszła nagle piękna pani i rozejrzała się po całym przedziale dla stwierdzenia, czy nie ma tu czasem wolnego miejsca, aby usiąść. W tedy to siedzący w naszym przedziale młody oficer pokazał jej palcami swoje kolana zapraszając ja jak gdyby, aby na nich usiadła. W tym momencie jeden z młodych panów dość wysoki i tegi, który zauważył gesty oficera, zerwał się nagle ze swego miejsca i zaprosił na nie młodą damę, a sam szybko podskoczył do oficera i ulokował się na jego kolanach. Wywołało to wielką wesołość w całym przedziale, ale oficer poczuł się zawstydzony i chociaż ten pan po chwili zszedł z jego kolan, niezwłocznie wyszedł na korytarz i zapewne opuścił pociąg. „No, a teraz chłopcy przechodzimy do naszej lekcji”. Tu zaraz podszedł do tablicy i napisał na niej wyrazy: hic, hac, hoc (ten, ta, to). To jest pierwszy przypadek łacińskiego jakże popularnego zaimka – powiedział, czyli nominativus. A teraz napiszemy sobie dwa dalsze przypadki: genetuvus i dativus”. Jak tylko rozpoczął ich pisanie, cała klasa rozbrzmiewała już śmiechem. A prof. Ostrowski zwrócił się do nas z poważną miną, mówiąc: „no, czego tak się śmiejecie – to jest właśnie prawdziwa odmiana tych 3 słów, które musicie zapamiętać, a sam zaczął się trochę uśmiechać.
My, uczniowie, zafascynowani byliśmy pięknem języka łacińskiego. Ciekawa w nim była struktura każdego zdania. W klasach wyższych czytaliśmy m. inn. Fragmenty z Liviusza, „Enejdę” Wergiliusza i pieśni Horacego. Tu przypomina mi się oda Horacego, w której powiedziano: „Aequam momento rebus in arduis sorvare mentem, non secus in bonis, ab insoleti temporata letiera moriture belli”.
Łacina opierała się w swej konstrukcji na gramatyce Tadeusza Sinki, którą studiowaliśmy dość szczegółłowo. Poza czytaniem i tłumaczeniem tekstu oraz wyjaśnieniem form gramatycznych często prof. Ostrowski żądał od nas także wyjaśnienia etymologii wyrazów polskich pochodzenia łłłacińskiego. Ponadto, w myśl zasady łacińskiej: „repetitio est mater studiorum”, prof. Ostrowski żądał od nas powtarzania przyswojonych już sobie tekstów łacińskich. Matura z języka łacińskiego była pisemna i ustna. Zdałem tę maturę nieźle i mam z niej ocenę dobrą na świadectwie dojrzałości.
Z prof. Ostrowskim miałem osobiście do czynienia przez długie lata i to nie tylko przed wojną, ale także podczas okupacji i po wojnie. Odwiedzałem go, bo mieszkał niedaleko mnie na Mokotowie przy ul. Malczewskiego. Ale on chyba częściej odwiedzał moją rodzinę. Lubił szczególnie moje dzieci i nazywał je po prostu swoimi wnuczkami. Z chłopcami moimi (bliźniakami) miał zresztą stały kontakt, bo był jednym z wykładowców w Wojskowej Akademii Technicznej, którą ci dwaj moi chłopcy ukończyli.
U nas, w domu, rozmawialiśmy całymi godzinami z naszym kochanym profesorem, patrzyliśmy razem w telewizję itp. , a następnie odprowadzaliśmy go do domu. Był to człowiek wyjątkowo sympatyczny i prawdziwie lubiany, nie tylko zresztą przez nas, ale także przez wszystkich moich kolegów.
Nauczycielem języka greckiego był profesor Stanisław Seliga, który obecnie od wielu lat przebywa w Szkocji. I tam wykłada – jak nam to mówił – historię. Kiedy spotkaliśmy się kiedyś po wojnie w Warszawie, w hotelu „Bristol”, powiedziałem do niego mniej więcej tak: „Panie profesorze, nie wątpię, że pan przedstawia Anglikom historię Polski w jaknajkorzystniejszych dla niej wymiarach, akcentując szczególnie wielkie i nie ustające bohaterstwo naszego narodu. Po prostu nie mogę sobie wyobrazić, ażeby mogło być inaczej”. Na to prof. Seliga odpowiedział mi tak: „Oczywiście, że przedstawiam im historię naszej ojczyzny jak najbardziej prawdziwą, a jest ona rzeczywiście po prostu wspaniała”.
W gimnazjum Reytana naukę języka łacińskiego zaczynało
się w klasie pierwszej, a języka greckiego w klasie trzeciej. Podstawą
zainteresowania językiem i kulturą grecką była lektura dzieł greckich, a
głównie „Iliady” i „Odysei” Homera.
Czytaliśmy także tragedię Sofoklesa
„Antygona” oraz pewne fragmenty innych dzieł greckich. Nie wiem czy się tu nie
mylę, ale pamiętam, że „Iliada zaczynała się od słów:
„Menin aci de thea PelajadaAchilleos,
Momenon he miri Achaios alge ethekoon,
Fallas difthimus psichas Aidi proispsen” ect,
a „Odysseia” od słów:
„Andra moi ennepe muza politropon hos mala pobla,
Planchte epej Trojas hieron ptolietron e Persen ” ect.
Na jednej z lekcji języka greckiego prof. Seliga wywołał naszego najniższego wzrostem kolegę Zawadowskiego, aby przeczytał i przetłumaczył pewien ustęp z pamiętników Ksenofonta. Kol. Zawadowski odczytał tekst grecki i przystąpił do jego tłumaczenia, które mogło mu wypaść bardzo pomyślnie, ponieważ miał pod ławką tzw. „klucz” zawierający tłumaczenie. Tu jednak trochę się potknął o kilka czy kilkanaście wierszy, gdyż trudno mu było szybko odnaleźć w tym „kluczu” właściwe tłumaczenie, zwłaszcza w znacznej ciemności, jaka panuje pod ławką. Zaczął więc tłumaczenie od słów: „Achilles zaciął konie ...”. Tu prof. Seliga krzyknął: „Stój, Zawadowski, ja xci dam „Achilles zaciąłl konie”, - siadaj i postawił mu dwójkę. Całą klasę bardzo ubawiła ta pomyłka, a na pauzie wołali koledzy do Zawadowskiego: „Ty, Achilles zaciął konie, choć tu do nas” itp. Dopiero obecnie dowiedziałem się, że kol. Zawadowski jest obecnie profesorem językoznawstwa na Uniwersytecie we Wrocławiu.
Do zdania matury z języka greckiego też trzeba było się należycie przygotować. Jeden z naszych kolegów uprosił więc ojca innego kolegi, aby nam do matury przetłumaczył po 20 wierszy (a capite) z pamiętników Ksenofonta, bo spodziewał się, że taki ustęp może być przedmiotem pisemnej matury. W następstwie tego 3-ch naszych kolegów miało w ręku po egzemplarzu tych tłumaczeń. Okazało się na maturze, że właśnie jeden z przetłumaczonych ustępów jest przedmiotem pisemnej matury, wyznaczonej przez Kuratorium Okręgu Szkolnego. Kilku kolegów szybko przepisało tłumaczenie tekstu na arkuszu maturalnym i po godzinie opuściło salę. Jeden z nich podrzucił mi nawet przed wyjściem egzemplarz tego tłumaczenia. Nie przydało mi się to jednak na nic, bo kilku profesorów spacerowało ciągle pomiędzy naszymi stolikami. Wziąłem to tłumaczenie pod ławkę i próbowałem odczytać, ale miałem zbyt słaby wzrok. Wobec tego zrezygnowałem z tej pomocy i szybkim ruchem podrzuciłem kartkę tłumaczenia koledze, który prosił mnie o to szeptem od paru minut. Sam przystąpiłem do pracy i po 2 godzinach jakoś ten tekst przetłumaczyłem wcale nie najgorzej. Później dopiero okazało się, że koledzy, którzy skorzystali z cudzego tłumaczenia, mają zakwestionowane matury, gdyż Kuratorium powyrzucało z maturalnego tekstu zdania bardziej skomplikowane, a oni umieścili na swych arkuszach tłumaczenie pełne.
Na maturze ustnej z greckiego egzaminował mnie sam prof. Seliga. Dał mi tekst, kazał go odczytać, a następnie przetłumaczyć i jakoś nie najgorzej to wypadło. Prof. Seliga zadał mi jeszcze kilka pytań z gramatyki, a następnie zapytał, czy znam na pamięć jakiś tekst z literatury greckiej. Odpowiedziałem, że mogę przytoczyć hymn do Erosa z Antygony Sofoklesa. Profesor zgodził się, zacząłem więc deklamować;
„Eros anikate mahan, eros gos on ktemasi pipters
hos en molakais parois ect”
Prof. Seliga powiedział: dość, dziękuję! I egzamin ustny z języka greckiego miałem zdany.
Spośród wszystkich naszych nauczycieli z gimnazjum Reytana żyją tylko jeszcze nieliczni. Dyr. Jaroszynski i wielu innych nauczycieli dawno już odeszli do wieczności. Wśród nie żyjących jest również nasz profesor Zdzisław Zmigryder-Konopka. Z nim to było tak: kiedy przyszedł do naszej klasy po raz pierwszy, wszyscy uczniowie byli trochę jakby zaskoczeni. Patrzyli na niego z pewnym zdumieniem i dał się słyszeć cichy szept idący po całej klasie: „ży ... ży ... żyd ...”. Usłyszał ten dźwięk prof.Zmigryder. Spoważniał na twarzy i powiedział: „Tak, ja jestem z pochodzenia Żydem, ale może jestem lepszym Polakiem od niejednego z was”. Jednocześnie podniósł prawą klapę od swej marynarki ukazując nam przypięty pod nią krzyż Virtuti Militari. Byliśmy zaskoczeni: taki podobny do Żyda a taki bohater. I dalej klasa zamilkła w powadze przyglądając się Żmigryderowi.
Wkrótce okazało się, jaki to był wspaniały nauczyciel. Przedmiotem jego nauki była kultura klasyczna, a w szczególności dzieje starego Rzymu i dawnej Grecji. Żmigryder mówił o wszystkim, co dotyczyło rdzennej kultury klasycznej, opowiadał nam nie tylko o faktach historycznych, ale i o mitach, a czynił to tak wspaniale, że cała klasa była po prostu zasłuchana. I tak, kiedy lekcje kończyły się normalnie o godzinie 14-tej, my siedzieliśmy na jego wykładach nieraz o godzinę dłużej.
Pamiętam np., jak omawiana była na lekcji mowa Cycerona przeciwko Werresowi. Przemówienie Cycerona zaczynało się od słów: „ Nominem dubium esse iudicos quod apertissime Gaius Werras in Sicilia sacra profanaque ...”. Prof. Zmigryder powiedział: najważniejsze w tym zdaniu są pierwsze wyrazy, zwane jako forma prawnicza przemówienia „dubitatio”. Mówca tymi słowami narzuca niejako sądowi, że to co dalej twierdzi nie może podlegać żadnej wątpliwości. Tu prof. Zmigryder spojrzał na Henia Korotyńskiego i powiedział: gdy będziesz już dorosły i zostaniesz posłem na sejm, wówczas w niektórych swoich przemówieniach możesz posłużyć się tą właśnie formą dubitatio. Po latach okazało się, że rzeczywiście kol. Korotyński został posłem na Sejm, nie wiem jednak, czy w jakimś swoim przemówieniu skorzystał z tej formy prawniczej.
Obszerne komentarze prof. Zmigrydera na temat mów obrończych Cycerona tak mi się podobały, że postanowiłem poświęcić się zawodowi prawnika. Może właśnie dlatego od 32 la jestem adwokatem i przepracowałem w tym zawodzie ogółem 45 lat. Muszę tewż stwierdzić, że zawód prawniczy nie sprawił mi rozczarowania, a przecież wszyscy moi koledzy myśleli, że będę studiował polonistykę lub filozofię, bo w szkole z obu tych przedmiotów miałem oceny bardzo dobre.
Muszę też zaznaczyć, że będąc na studiach prawniczych chodziłem często (z własnego upodobania) na wykłady prof. Zmigrydera, który – jak się okazało – wykładał kulturę klasyczną także na Uniwersytecie Warszawskim.
Ponadto prof. Zmigryder był członkiem Senatu i godnie pełnił tę funkcje. Raz tylko potknął się w Senacie przed wybuchem drugiej wojny światowej. Zwrócił się bowiem dość energicznie do naszego premiera z żądaniem wyjaśnienia, dlaczego rząd polski nie reaguje zupełnie na wybryki polityki hitlerowskiej. A przecież hitlerowcy prześladują Żydów, posiadających obywatelstwo polskie i po prostu przepędzają ich z Niemiec. Wówczas podjął głos ówczesny premier Sławoj-Składkowski i powiedział mniej więcej tak: Panie senatorze, po co to „aj-waj”, nic się tym Żydom nie dzieje, a rząd polski będzie reagował we właściwym czasie. Proszę się uspokoić. Zmarł w wieku 42 lat we Lwowie w listopadzie 1939 r. na atak serca. Nie wątpię, że hitlerowcy, ich najazd na Polskę, przyczynili się do przedwczesnej śmierci profesora Zmigrydera.
Spośród innych nauczycieli w naszej klasie wypadałoby wspomnieć po krótce o takich osobach jak: Ks. dr Tahn, inspektor R. Pisarski, prof. Feliks Frankiewicz, prof. Krudowski, prof. Choinka, prof. Adam Czartkowski i prof. Jan Miernowski.
Ks. dr Tahn był naszym wychowawcą w 8-ej klasie. W okresie przedmaturalnym 1931 r. powstała w klasie myśl uproszenia Matki Boskiej w Częstochowie o łaskę pomocy dla nas w zdaniu matury. Stąd też jechaliśmy razem z naszym wychowawcą pociągiem pospiesznym do tej miejscowości. Nagle pociąg nasz pędzący dotąd szalenie, zaczął gwałtownie hamować i zatrzymał się na torze w pobliżu jakiejś podczęstochowskiej miejscowości. Co się okazało? Otóż drużnik wyjechał naprzeciw naszego pociągu na rowerze i spowodował swoimi okrzykami to gwałtowne zatrzymanie lokomotywy. Zaraz też dowiedzieliśmy się wszyscy, że przed naszym pociągiem ktoś porozkręcał szyny na długości kilku metrów i wjechanie na tę pułapkę mogło spowodować straszną katastrofę. Jak się dowiedzieliśmy, w tym właśnie miejscu, jakiś szaleniec czy przestępca spowodował już w ten sposób w ubiegłych miesiącach kilka bardzo poważnych katastrof. I kiedy szyny zostały już naprawione przez drużnika oraz kilku jego pomocników, pociąg nasz ruszył z wolna aż do samej Częstochowy. Po drodze widzieliśmy też po prawej stronie stosy rozbitych wagonów po poprzedniej katastrofie. Ks. Tahn kazał nam natychmiast uklęknąć w naszym wagonie i odmawiać z nim razem dzienkczynną modlitwę do Najświętrzej Panienki, dziękując że uratowała nam życie.
Pan inspektor Roman Pisarski był prawą ręką dyrektora szkoły, a zarazem naszym nauczycielem języka niemieckiego. Języka francuskiego uczyła pewną naszą grupę kolegów z naszej klasy p. Odyńcówna. Pan inspektor Pisarski był to mocno już łysiejący starszy pan, o tęgiej owalnej twarzy i wielkich sumiastych wąsach. Więcej on do nas krzyczał niż mówił, ale wcale nie był złym człowiekiem ani nauczycielem.
Niektórzy z naszych kolegów próbowali już w klasach 6, 7 i 8-mej palić papierosy. Mogli to robić tylko w ukryciu, to też do tego celu korzystali z tzw. Ubikacji. Inspektor Pisarski, kiedy się o tym dowiedział, postanowił osobiście przyłapać winnych takiego przewinienia, ażeby korzystanie z tego nałogu nie stało się powszechne. W tym celu po kilka razy dziennie pędził szybkim krokiem przez wąski i kręty korytarz szkolny i wpadał nagle do ubikacji, ażeby winnych zaskoczyć. Akcje te jednak na ogół były nie udane, ponieważ wzdłuż korytarza stali co kilkanaście kroków uproszeni przez palaczy koledzy, którzy podawali sobie po cichu hasło: pst, pst, pst, co oznaczało, że nadchodzi inspektor Pisarski. Hasło to docierało do ubikacji dużo szybciej niż kroki inspektora, a więc jego wysiłki były najczęściej bezowocne, bo palacze spokojnie wychodzili, a w ubikacji snuły się tylko po ścianach kłębki niebieskiego dymu. W takich przypadkach inspektor wracał zły i kląłl coś po cichu pod adresem palaczy.
Profesor Feliks Frankiewicz był stosunkowo młodym i przystojnym człowiekiem, a wykładał nam rytmikę gimnastyczną, chociaż z zawodu był przyrodnikiem. Był to bardzo spokojny i miły pan, którego cała klasa darzyła szacunkiem.
Rozpoczęcie lekcji poprzedzało zawsze odmawianie krótkiej stereotypowej modlitwy, co było zresztą słuszne, ale nas trochę nudziło. I tak, w jednej z niższych klas koledzy nauczyli się na pamięć bardzo naiwnego wierszyka, którym postanowili rozpocząć treść właściwej modlitwy. Wierszyk ten brzmiał: „W imię ojca, kijem ojca, matkę laską i kiełbaską”. My, jako małe jeszcze smyki nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że wypowiadanie takiej głupotki jest bardzo brzydkie, jak również z tego, że może to usłyszeć sam profesor. I właśnie tak się zdarzyło na lekcji prof., Frankiewicza. On, gdy to usłyszał kazał 5-ciu uczniom zatrzymać się po lekcjach w klasie. Wtedy też tłumaczył nam na czym polega modlitwa, że przez takie bzdurne powiedzonko obrażamy Pana Boga, że tego czynić nigdy nie wolno, itp. Oczywiście, to się już później nigdy nie powtórzyło.
W czasie okupacji prof. F. Frankiewicz działał w konspiracji. Został przez hitlerowców aresztowany i osadzony na Pawiaku, a następnie rozstrzelany, co było dla nas już dorosłych wydarzeniem bardzo bolesnym.
O profesorze Krudowskim, którego imienia dzisiaj już nie pamiętam, a który uczył nas fizyki, niewiele mogę powiedzieć. Przypomina mi się jednak pewien fakt. Na ustnym egzaminie z fizyki znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji, bo z kilkunastu dziedzin czy rozdziałów fizyki jednego nie chciało mi się po prostu przygotować. Z innych przygotowany byłem nie najgorzej, chociaż fizyka – podobnie jak matematyka i chemia – nie były w moim guście. Tymczasem, kiedy stoję już na egzaminie wobec całej komisji, prof. Krudowski pisze dla mnie na tablicy do rozwiązania zadanie właśnie z tej dziedziny, której nie przygotowałem. Wtedy szepnąłem do niego z cicha: panie profesorze – tylko nie to! Wtedy profesor Krudowski szybkim ruchem pochwycił gąbkę i starł z tablicy wypisane zadanie. W tej chwili podbiegł do niego sam przewodniczący Komisji dyr. Jaroszyński i zapytał: „Panie profesorze, czemu wytarł pan to zadanie z tablicy?”. Profesor Krudowski odwrócił się z wolna od tablicy i powiedział krótko do dyrektora: „Pomyliłem się!” – zaraz tez wypisał na tablicy nowe zadanie na elektryczność. Rozwiązanie tego zadania nie sprawiło mi już żadnych trudności i egzamin z fizyki miałem zdany.
Profesor Choinko uczył nas chemii, czyli przedmiotu, do którego nikt w naszej klasie nie miał upodobania. Dziwnym zbiegiem losu przepracowałem po tym – już jako prawnik – w resorcie przemysłu chemicznego.
Prof. Czartkowski uczył nas przyrody. Na jednej z lekcji mówił nam o tym, czym się wyróżniają poszczególne rasy ludzi i w jaki sposób można rasę czy też pochodzenie człowieka rozpoznać. Podczas tego wykładu nagle spojrzał na mnie i powiedział: „Ty, Rylski, jesteś z pochodzenia Tatarem”. Ta wypowiedź profesora wobec całej klasy ogromnie mnie dotknęła, czułem się niezwykle skompromitowany, bo właśnie w tym czasie zajęci byliśmy wszyscy studiowaniem trylogii H. Sienkiewicza (była to chyba klasa 5 czy 6-ta). Wówczas to zachwyt nasz budziły postaci Skrzetuskiego, Wołodyjowskiego, Kmicica i in., a wrogów Polski takich jak Tatarzy darzyliśmy raczej krańcową nienawiścią. Wypowiedź prof. Czartkowskiego tak mnie zdenerwowała, że aż miałem łzy w oczach. Profesor, gdy to dojrzał, zaraz mnie do siebie zawołał, wziął mnie nawet na kolana i pocałował, mówiąc: „Słuchaj, bardzo cię przepraszam, powiedziałem źle, bo myślałem tylko o rysach twojej twarzy i kształcie czaszki. Nie znaczy to wcale, że ty jesteś obecnie Tatarem, chociażby nawet rodzina twoja przed wiekami wywodziła się z Tatarów. Z Tatarów wywodziły się niektóre najlepsze polskie rodziny, a i sam Henryk Sienkiewicz był z pochodzenia Tatarem.”. Te wyjaśnienia bardzo mnie uspokoiły i byłem nawet wdzięczny prof. Czartkowskiemu, że tak naświetlił swoje poprzednie twierdzenie.
Wreszcie najbliższym dla mnie profesorem był poeta Jan Miernowski, który w 8-mej klasie uczył nas propedeutyki filozofii (w innych szkołach prywatnych był on nauczycielem języka polskiego). To był dla mnie naprawdę profesor i przyjaciel niezapomniany. Nauczycielem był on jeszcze bardzo młodym, bo miał około „trzydziestki”, posiadał piękny i miły wygląd oraz ton głosu, a wykłady jego na lekcjach były tak wspaniałe i interesujące, po prostu nie da się ich porównać z wykładami innych naszych nauczycieli. Cała nasza klasa darzyła go ogromną sympatią, a czar, jaki roztaczał wokół nas swoimi komentarzami z zakresu propedeutyki filozofii można porównać chyba tylko z czarem jaki wzbudzał w nas wspomniany już prof. Zmigryder.
Z prof. Miernowskim byłem tak zaprzyjaźniony, że odwiedzałem go w domu, a i on znał całą moją rodzinę. Byłem zresztą jedynym uczniem w klasie, z którym prof. Miernowski mówił sobie na zasadzie wzajemności po imieniu.
Przyjaźń nasza trwała łącznie ok. 15 lat (od 1931 r. do 1944 r.) i była naprawdę wyjątkowa. I tak np. kiedy byłem na wakacyjnych wczasach w Otwocku, spotykaliśmy się niemal codziennie. Chodziliśmy też razem do kawiarni pani doktorowej Grabowskiej, znanej dobrze w Otwocku. Tu też spotykaliśmy się razem z jego znajomymi i przyjaciółmi. Między innymi spotykaliśmy się na rozmowy w czasie okupacji z jednym z najgłośniejszych aktorów teatru przedwojennego Stefanem Jaraczem. Asystowałem profesorowi Miernowskiemu w takich rozmowach, zabierając czasem głos osobiście.
Stefana Jaracza wypuścili hitlerowcy z obozu karnego dopiero wtedy, gdy zapadł na gruźlicę gardła i on, który posiadał tak donośny głos na scenie przed wojną, teraz mówił prawie szeptem. W krótkim czasie choroba ta była tak zaawansowana, że tak wspaniały aktor po prostu stracił życie.
Kiedy front radziecko-polski zbliżał się już do granic Warszawy, prof. Miernowski był właśnie zaziębiony i leżał w mieszkaniu swego stryja w Otwocku. Gdy go tam odwiedziłem, powiedział mi że ma zamiar przenieść się na lewy brzeg Wisły aby nie przebywać na drodze przewidywanego uderzenia wojsk na Warszawę. I powiedział mi na pożegnanie: „Kochany Jurku, do widzenia na tamtym świecie”. Nie wziąłem tej wypowiedzi nazbyt poważnie , ale wkrótce dowiedziałem się, że wojna dotknęła go w sposób straszliwy. Gdy mieszkał już we Włochach pod Warszawą, pewnego dnia wpadli gestapowcy do jego mieszkania i zastrzelili go przy pisaniu podczas pisania jakiejś odezwy do narodu. Wyciągnęli go z domu razem z żoną i matką (które dobrze znałem), a także z jakimś Żydem, którego u siebie ukrywał. Na jego oczach rozstrzelali zaraz jego żonę, jego matkę i oczywiście tego Żyda, a na końcu rozstrzelali jego samego. Strasznie przeżyłem to wszystko, gdy się o tym wydarzeniu dowiedziałem, może nade wszystko dlatego, że ci podli hitlerowcy pozbawili mnie na zawsze takiego bliskiego przyjaciela, jakom był profesor Jan Miernowski.
3. Kilka uwag końcowych.
Na tym powinienem chyba zakończyć te swoje trochę przewlekłe, ale może i niezbyt ciekawe wywody wspomnieniowe, oparte zresztą na niezbyt mocno pracującej pamięci.
Chciałbym jednak jeszcze podkreślić, że czasów spędzonych w młodości na terenie gimnazjum Reytana nikt i nic nie może wymazać z mojego życia, bo szkoła ta wycisnęła na nim jakiś rodzaj cudnej pieczęci.
Wydaje mi się ponadto, że i obecnie powinno znaleźć się w Warszawie choćby jedno takie gimnazjum czy liceum typu klasycznego, z odpowiednio dobranym gronem nauczycieli, którego przedmiotem byłoby w szczególności kształtowanie młodzieży szkolnej w zakresie tematyki opartej o starożytne języki (łacina, grecki) i wpajanie w tę młodzież wszystkiego tego, co wiąże się z historią, kulturą i filozofia świata starożytnego, a zwłaszcza z antyczną kulturągrecko-rzymską.
Pożądane byłoby, ażeby szkoła taka posiadała nie cztery klasy, jak to obecnie posiadają licea, ale raczej 8 klas, jeżeli to możliwe.
Oczywiście, nauczyciele zatrudnieni w takiej szkole powinni szczególnie kochać swoją młodzież i jaknajbardziej wybaczać jej pewne naiwności, które są nierozerwalnie związane z czasami dzieciństwa oraz młodości. Powinni też jaknajpełniej rozwijać jej horyzonty myślowe oraz filozoficzne i to możliwie w maksymalnym zakresie.
Dodać też muszę, że nie jestem żadnym fachowcem w dziedzinie organizacji nauczania i poglądy moje w tej sprawie są raczej bardzo skromną sferą marzeń osobistych, które nawet wątpię, aby mogły być zrealizowane.
Warszawa, 1983 r.
*
Ojciec nasz mec. Jerzy Rylski po napisaniu ww. wspomnień w niedługim czasie zmarł w wieku 71 lat. Jakież jednak okazały się jego słowa prorocze. Obecnie weszła w życie ustawa wprowadzająca 3 lata szkoły na poziomie gimnazjum i 4 lata liceum i mamy nadzieję, że z wyrozumiałymi nauczycielami, kochającymi swoją młodzież i swoją pracę.
Warszawa, 2001 r.