Tadeusz Bąblewski „U progu niepodległości. Wspomnienia z lat 1915-1921, wyd. Centrum im. Adama Smitha ul. Bednarska, Warszawa, 1996

 

 

Rozdział III

W SZKOLE PRZY UL. KSIĄŻĘCEJ

 

Średnia, siedmioklasowa szkoła realna Mariana Rychłowskiego w 1916 roku prze­kształcona w ośmioklasowe gimnazjum a później w gimnazjum im. Tadeusza Reytana, znaj­dowała się przy ul. Książęcej w kamienicy stojącej tuż za pierwszym domem narożnym przy Pl. Trzech Krzyży. W r. 1915 dyrektorem tej szkoły był Kutyłowski (imienia jego nie pamię­tam). Szkoła miała charakter początkowo szkoły średniej typu matematyczno-przyrodniczego z kierunkiem technicznym, w związku z czym nie uczono w niej łaciny. Na początku roku szkolnego wprowadzono jednak ten język jako przedmiot dobrowolny. Ja zapisałem się na lekcje łaciny podobnie jak i mój kolega Bistram. Siedzieliśmy z nim razem, łączyła nas bo­wiem wspólna niedola - musieliśmy obaj uzupełniać geometrię, której w poprzedniej szkole w klasie trzeciej się nie uczyliśmy. Początkowo w programie zajęć był nawet język rosyjski, obowiązywał on wszakże jedynie tych uczniów, których rodzice sobie tego życzyli. Począw­szy od Bożego Narodzenia 1915 zaprzestano w ogóle nauki tego języka. Uczniów obowiązy­wało noszenie czapek szkolnych, były to "maciejówki" koloru niebieskiego różniące się od czapek noszonych przez uczniów gimnazjum im. J. Zamoyskiego, których maciejówki były koloru jasnoniebieskiego, a właściwie popielate. Inspektor Pisarski przestrzegał noszenia tych czapek przez uczniów. Większość z nich podporządkowywała się zwykle bez szemrania temu zarządzeniu i do szkoły przychodziła w czapkach. Później, w następnym roku, kiedy szkoła przekształciła się w gimnazjum ośmioklasowe, młodzież z VIII klasy uważała, że już jest tak dorosła, że nie potrzebuje nosić czapek szkolnych. Często więc przychodziła do szkoły w innym nakryciu głowy, względnie wchodząc do szkoły ukrywała je w teczkach. Inspektor Pisarski stawał o godz. 8-ej na schodach łapiąc tych, którzy nie mieli przepisowych czapek, po czym wyciągano w stosunku do nich odpowiednie konsekwencje. Ja natomiast byłem dumny, że noszę taką czapkę, kupiłem ją sobie zaraz na początku roku, tak samo jak i mój kolega Bistram. W naszej IV klasie uczyło się około 30 chłopców. Szkoły były nie mieszane jak obecnie męsko-żeńskie, ale jedne były męskie to znaczy uczęszczali do nich tylko chłop­cy, a do drugich tylko dziewczynki. Na Placu Trzech Krzyży znajdowała się szkoła żeńska, z której uczennicami młodzież zawierała często znajomości.. Po wstąpieniu do szkoły wziąłem się bardzo pilnie do nauki, a to dlatego, że aby uzyskać stypendium na następny rok musiałem mieć dobre stopnie. Na podobnym wózku chyba jechał też Bistram, dlatego też nieraz wspól­nie uczyliśmy się bądź u niego bądź w świetlicy w bursie. Miałem wielu kolegów o różno­rodnym, że tak powiem, składzie społecznym. Byli wśród nas bardzo bądź średnio zamożni jak i też tak biedni, że trzeba im było pomagać. Dotyczyło to zwłaszcza dwóch kolegów, któ­rych ojcowie zginęli na wojnie i utrzymywały ich tylko matki. Postanowiliśmy więc urządzać na nich składki. Składaliśmy w tajemnicy przed nimi na ręce jednego z kolegów pieniądze, które następnie przekazywaliśmy ich matkom jako nasz dar szkolny. Matki początkowo się krępowały, twierdziliśmy jednak, że pieniądze te przesyła szkoła i że chcemy ażeby ich sy­nowie przez brak tych skromnych funduszy nie musieli przestać chodzić do szkoły.

Stopień przygotowania uczniów do studiowania poszczególnych przedmiotów był też bardzo zróżnicowany. Był wśród nas kolega, który nazywał się Barbanel. Jak samo nazwisko wskazuje był on pochodzenia francuskiego. Rodzina ta była oczywiście już dawno spolszczo­na, pielęgnowała jednak język francuski. Barbanel celował zawsze w wypowiedziach przed profesorem Ładą, który nieraz wzywał go by demonstrował nam jak się poprawnie mówi po francusku. Prof. Łada był człowiekiem starszym, siwiutkim, w czasie wojny prusko­francuskiej w r. 1870 przebywał w Paryżu i jak można było wnioskować z jego wspomnień, brał udział w walkach o Paryż. Opowiadając o tych czasach nie wspominał w jakich oddzia­łach walczył. Mówił, że były to ciężkie czasy i że taki był głód w Paryżu, że musiał jeść szczury. Gdy uczniowie chcieli uniknąć odpowiadania na lekcji, zaczynali go prosić żeby im opowiedział jak było w Paryżu, jak łapał i jadł te szczury. Jeżeli był w dobrym nastroju, wra­cał do swoich wspomnień z Paryża, kiedy zaś był w złym humorze, mówił do delikwenta, który z taką propozycją wystąpił: „siadaj, głupi, bo cię zaraz wezwę do tablicy". Był to bar­dzo dobry profesor, dużo mu zawdzięczaliśmy i rzeczywiście w ciągu tych kilku lat spędzo­nych w szkole, język francuski opanowałem tak, że mogłem się nim zupełnie swobodnie po­sługiwać. Metoda prof. Łady polegała przede wszystkim na prowadzeniu rozmówek z uczniami. Zadawał im pytania, na które trzeba było bezbłędnie odpowiadać.

Profesorem, któremu zawdzięczaliśmy znajomość języka niemieckiego był Pisarski ­inspektor szkolny i zarazem nauczyciel tego języka. Ten z kolei uważał, że język opanowuje się przez poznanie jak największej ilości słówek. Kazał więc uczniom założyć słowniczki, do których wpisywaliśmy nieznane nam dotychczas wyrazy z nowo zadanej lekcji. Kiedy wcho­dził do klasy następnego dnia od razu krzyczał: "wszystkie dzienniczki zamknięte na ławce". następnie podchodził do wybranych uczniów pytając jak brzmi dany wyraz po polsku i po niemiecku. Gdy ktoś nie wymienił wszystkich zapisanych w słowniczku słówek, dostawał pałę czyli jedynkę. Dzięki niemu już w siódmej klasie mogłem prowadzić potoczne rozmówki i swobodnie czytać książki niemieckie.

Języka polskiego uczył prof. Kisielewski, pisarz. Było dwóch braci Kisielewskich: dramaturg, który napisał kilka dramatów i nasz profesor, który był autorem kilku powieści i nowelek. Kazał on nie tylko czytać zadane utwory, ale również je analizować.

Gimnastyki uczył Szczepkowski, który jednocześnie był komendantem Straży Oby­watelskiej. Pełniła ona nadal swe funkcje z ramienia jednocześnie Rady Miejskiej i Rady dzielnicy Wola. Opowiadał nam często o przypadkach jakie tam się zdarzały. Straż nie posia­dała broni palnej, a jedynie nosiła krótkie szabelki. Ubrana była w ciemne uniformy i ciemne czapki. Utrzymywała porządek stojąc na ważniejszych rogach ulic. Szczepkowski prowadził lekcje w sali rekreacyjnej szkoły. Prowadził też kurs fechtunku dla tych, którzy się na te lek­cje zapisali. Oprócz tego organizował wycieczki do Agrikoli, gdzie na otoczonym starymi drzewami boisku odbywaliśmy ćwiczenia gimnastyczne i ćwiczenia wojskowe. Część wybra­nych przez niego uczniów ćwiczyła strzelanie. Odbywało' się to w lasach wawerskich, gdzie chodziliśmy na piechotę, przemycając w odpowiednio skonstruowanym pokrowcu karabin.

Z kolei wykłady z taktyki i terenoznawstwa prowadził nasz wychowawca, a zarazem doradca naszego dyrektora Adamowicza Tadeusz Młodkowski z wykształcenia historyk, po­rucznik legionów a wówczas też członek POW. Młodkowski prowadził te zajęcia w ramach ćwiczeń harcerskich. Po odzyskaniu niepodległości został komendantem batalionu harcer­skiego. Po wojnie był wizytatorem okręgu szkolnego wileńskiego.

Tak więc otrzymaliśmy przeszkolenie nie tylko gimnastyczne, ale i wojskowe. Był to jakby kurs podoficerski, wzmocniony nauką taktyki i terenoznawstwa. Szczepkowski nauczył mnie fechtunku według metody francuskiej. Przedtem już poznałem fechtunek włoski, z którym zapoznał mnie jeszcze przed wojną mój ojciec. Później te umiejętności bardzo mi się przyda­ły.

Nauczycielem historii był Maliniak, z wykształcenia prawnik, ale również i historyk. Miał on własną, odmienną od tradycyjnej metodę nauczania tego przedmiotu. Do historii Pol­ski obowiązywał nas podręcznik Lewickiego, a z historii powszechnej Zakrzewskiego. Mali­niak nie ograniczał swych wymagań do treści zawartych w tych podręcznikach. Po przepyta­niu kilku uczniów z poprzedniej lekcji dyktował nam do specjalnie przygotowanych zeszytów swoją własną interpretację omawianych wydarzeń, kładąc nacisk na ich tło polityczne i spo­łeczne. Poszerzał w ten sposób naszą wiedzę historyczną. Dzięki niemu polubiłem historię, zaś to czego się na jego lekcjach nauczyłem, przydało mi się później na wyższej uczelni. Naszym katechetą był ks. Kulwieć ze znanej wileńskiej rodziny. Uczył on religii, a w wyższych klasach dogmatyki. Przede wszystkim jednak wymagał znajomości historii Ko­ścioła. Przestrzegał też abyśmy uczęszczali na nabożeństwa niedzielne. Uczęszczaliśmy do kościoła przy ul. Moniuszki.

Z osobą ks. Kulwiecia łączy się wydarzenie, które mogło się skończyć tragicznie. W październiku 1915 okna klasy były otwarte, a ul. Książęcą przechodził oddział wojska w kie­runku koszar, które się wówczas znajdowały na terenie dzisiejszego parku kultury. Kolega Baliński, którego trzymały się czasem niecodzienne pomysły, przyniósł ze sobą do klasy ka­mień i kiedy ten oddział przechodził pod naszymi oknami rzucił tym kamieniem w żołnierzy. Oddział został zatrzymany przez oficera, który z dwoma żołnierzami wpadł do naszej szkoły, kazał zebrać wszystkich uczniów w sali rekreacyjnej, a następnie zapytał kto to zrobił. Jeżeli nikt się nie przyzna - powiedział - to zabierze wszystkich uczniów. Baliński wystąpił mó­wiąc, że to on jest sprawcą tego wypadku. Oficer odpowiedział, że za ten czyn będzie odpo­wiadał. Może mu grozić rozstrzelanie, ponieważ był to napad na oddział wojska. Zwrócił się do żołnierzy, żeby zabrali Balińskiego. Wtedy ks. Kutwieć, który znajdował się w pobliżu, a był mężczyzną wysokim z szeroką sutanną, wystąpił przed Balińskiego, zasłonił go całą swoją osobą, po czym powiedział do oficera:

- Panie oficerze, czy pan nie rozumie, że to był zwyczajny młodzieńczy wybryk? Czy pan jako młody chłopiec żadnych wybryków nie popełnił? Trzeba to wydarzenie traktować jako młodzieńczy wybryk.

Oficer chwilę się zastanowił, potem machnął ręką i wyszedł wraz z żołnierzami. W ten sposób ks. Kutwieć ocalił naszego kolegę. Taka postawa oficera niemieckiego na pewno nie byłaby do pomyślenia podczas II wojny światowej.

Nasza szkoła uczestniczyła w rozmaitych uroczystościach. Największa z nich odbyła się w dniu 3 maja 1916 r. Zebrało się wówczas kilkaset tysięcy ludzi, którzy utworzyli ol­brzymi pochód kierowany przez wyznaczonych do tego kierowników poszczególnych dziel­nic. Pochód przemaszerował od Zamku Królewskiego do Łazienek. Władze zgodziły się na tę uroczystość. Po raz pierwszy świętowaliśmy święto narodowe 4 maja tak oficjalnie. Było to dla nas wielkie przeżycie i dla całej ludności Warszawy. Brało w nim udział duchowieństwo, mieszczaństwo, kupiectwo, robotnicy no i oczywiście młodzież. Pochód kończył się za ogro­dem Ujazdowskim przy ul. Agrikola, gdzie miało się odbyć poświęcenie kamienia węgielne­go pod budowę kościoła poświęconego pamięci Konstytucji 3 Maja.

Brałem udział w uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego jako delegat naszej szkoły. Dotychczas nie wiem właściwie, dlaczego klasa wybrała mnie, najskromniej ubranego ucznia.

Chcę jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym nauczycielu - nauczycielu rysunku, które­go nazwiska już nie pamiętam. Nie celowałem w rysunku, ale lubiłem na ogół ten przedmiot. Byłem specjalistą od rysunków piórkiem. Moje obrazki dawnych dworków i kamienic były udane, niektóre nawet nadawały się do oprawienia. Natomiast rysunki ptaków i zwierząt, któ­re przynosił nam na lekcje nie bardzo mi wychodziły, w związku z czym korzystałem z po­mocy kolegów, którzy w takich rysunkach celowali. Jego wielką zasługą była nie tylko nauka rysunków, ale przede wszystkim to, że kształcił w nas smak artystyczny. Chodziliśmy bardzo często do Zachęty (Muzeum Narodowego jeszcze nie było), gdzie oprócz stałej wystawy urządzano rozmaite okresowe wystawy nowego malarstwa. Omawiał z nami w Zachęcie każ­dy obraz, kazał patrzeć nań z rozmaitych stron, doceniać jego piękno i artystyczny wyraz. Dzięki temu zapoznaliśmy się z różnymi okresami w rozwoju malarstwa.

W roku 1917 nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektora. Został nim Ksawery Prauss, wybitny naukowiec i równocześnie członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z jej czoło­wych przywódców. Pod jego kierunkiem szkoła bardzo zyskała na autorytecie i na poziomie nauczania. Zawsze poważny, uzyskał sobie wśród uczniów wysoki autorytet. Jego lekcje z historii nowożytnej nauczyły nas wiele o różnych przejawach życia społecznego w tym i w Polsce. Po odzyskaniu niepodległości został on pierwszym ministrem oświaty. Postać ta utkwiła rni w pamięci dlatego, że choć nieczęsto bywał w naszej klasie, jednakże każde z nim spotkanie było interesujące i zarazem pouczające. Korzystaliśmy z jego porad, gdyż zawsze zezwalał uczniom na zadawanie pytań w rozmaitych kwestiach, a nawet i osobistych. Starał się też pomagać biedniejszym w kontynuowaniu dalszej nauki. Dlatego w mojej pamięci za­chował się zawsze jako wartościowy dyrektor, pedagog i człowiek.

 


Rozdział I V

CZUWAJ

 

Na początku września ogłoszono we wszystkich klasach zapisy do harcerstwa, zwane­go dotąd z angielskiego skautingiem. Do pierwszej wojny światowej organizacja ta nie miała zbyt wielu członków, gdyż działała w konspiracji na terenie tak zwanego Królestwa Kongre­sowego czyli w zaborze rosyjskim. Władze carskie nie pozwalały bowiem na jej założenie. Wiele młodzieży nic o niej nie słyszało, nie znało jej zasad i haseł. Nawet w szkole którzy zetknęli się z programem harcerstwa.

Ja zapoznałem się z nim dzięki pismu młodzieżowemu "Nasz Świat", które obszernie omawiało działalność i historię tej organizacji w Anglii. Zachęcony lekturą zorganizowałem wśród uczniów Szkoły Handlowej, do której uczęszczałem w Łomży, pierwszą w tym mieście tajną drużynę harcerską. Należało do niej 60 uczniów. Drużynę podzieliliśmy na zastępy. Na czele jej stała rada drużyny, składająca się z drużynowego, jego zastępcy i wszystkich zastę­powych. Mnie wybrano na drużynowego, a na mojego zastępcę Stanisława Głowińskiego, którego przed paru laty spotkałem nieoczekiwanie w Warszawie. Nie widzieliśmy się od czterdziestu lat i dlatego bardzo się zdziwiłem, że mnie poznał. Do rady należeli zastępowi: Zadarnowski, Lichtenbaum i wielu innych. Urządzaliśmy co tydzień jej zebrania, na których ustalaliśmy program zajęć, bardzo skrupulatnie potem wykonywany. Zbiórki zastępów odby­wały się również co tydzień, a całej drużyny raz w miesiącu, połączone z polowymi ćwicze­niami. Materiał do zajęć czerpaliśmy z wymienionego wyżej tygodnika oraz z nielegalnych broszur, które zdołaliśmy uzyskać z zaboru austriackiego, Galicji, gdzie ruch skautowski rozwijał się bez przeszkód ze strony władz zaborczych. Choć staraliśmy się utrzymać w ta­jemnicy naszą działalność, trudno sobie dziś, po wielu latach, wyobrazić jak można było łą­czyć ją z wydawaniem ładnych wykonanych przez naszych kolegów legitymacji dla każdego harcerza. Legitymacja miała sztywną oprawę. Wpisane w niej było nie tylko imię i nazwisko posiadacza, ale również wiek i staż jego przynależności do organizacji oraz prawo harcerskie, które każdy z nas obowiązany był znać na pamięć i stosować je w swoim postępowaniu. Że carskie władze policyjne nie wykryły naszego związku, choć nie można nazwać tego cudem, było to jednak czymś mało wytłumaczalnym. Być może pierwszy rok wojny zbyt silnie ab­sorbował dawną „Ochranę" innymi sprawami, niż zajmowanie się smarkaczami i ich działal­nością konspiracyjną.

Kiedy więc w nowej mojej szkole rozpoczęto jawne już zapisy, zgłosiłem się jako jeden z pierwszych. Nie podałem jednak; że już przedtem należałem do harcerstwa. Musiał­bym bowiem również dodać, że byłem drużynowym. W nowej szkole mogliby to uznać za chęć wyróżnienia się i chęć uzyskania wyższej szarży. Ponadto uważałem, że praca konspira­cyjna w harcerstwie w Łomży nie dała mi tyle doświadczenia, abym mógł objąć funkcję har­cerską.

Nasza drużyna imienia Romualda Traugutta była pierwszą warszawską drużyną. Byliśmy wszyscy bardzo dumni z tego. Dzieliła się ona na trzy plutony, a każdy z nich na trzy zastępy. Na czele drużyny stał drużynowy. Za moich czasów przez 2 lata był nim kolega ze starszej klasy, Pniewski, zwany w całym warszawskim harcerstwie pod przydomkiem "Miś". Po ukończeniu szkoły i przejściu na politechnikę został dowódcą pierwszego hufca harcerskiego, do którego należała nasza drużyna. Zastępy odbywały co tygodniowe zbiórki pod kierunkiem swoich zastępowych. Obowiązywała zasada, że może nim być tylko kolega z wyższej klasy. Na zbiórkach omawiano prawo harcerskie, uczono się zawiązywania węzłów, mierzenia wy­sokości stojących w pewnej odległości drzew, szerokości rzeki i wielu innych tak zwanych polowych sprawności. Dużym powodzeniem cieszyły się wszelkie ćwiczenia sportowe, a więc lekkoatletyka, boks, ćwiczenia wolne i na przyrządach, fechtunek, pływanie i żeglar­stwo. Te dwie ostatnie dyscypliny, choć najbardziej atrakcyjne dla chłopców, były mało do­stępne. Nie było wówczas w Warszawie ani jednego krytego basenu do ćwiczeń pływackich w zimie. Jedynie późną wiosną i latem odbywano treningi na otwartej Wiśle. Podczas jednego z nich, następnego lata po wstąpieniu omal, że się nie utopiłem przy przepływaniu rzeki. Wy­ratowali mnie koledzy, jedynie dzięki temu, że znajdowałem się już niedaleko brzegu, na któ­rym siedzieli.

Brakowało też kajaków. Radzono sobie wypożyczaniem ich w klubie wioślarskim. Ale na to mogli sobie pozwolić tylko zamożni koledzy. Ponieważ ja do takich nie należałem, okazyjnie tylko korzystałem z tego sportu.

Oprócz zbiórek zastępów odbywały się też zebrania plutonów i całej drużyny. Na czele naszego plutonu stał Stanisław Wierzbicki, brat Jana, naszego kolegi w klasie. Obaj byli energiczni i dawali sobie dobrze radę z prowadzeniem swoich oddziałów. Jan bowiem był zastępowym w niższej klasie.

Najbardziej z wszystkich imprez utkwiły mi w pamięci trzy: pierwsza zbiórka w za­stępie z udziałem „Misia", pierwsza w historii warszawskiego harcerstwa zbiorowa przysięga i defilada na Polu Mokotowskim oraz wielkie zespołowe ćwiczenia 2 hufców warszawskich.

Choć praca harcerska nie była mi obca, z pewną tremą oczekiwałem pierwszego ze­brania. Po oficjalnym otwarciu zbiórki i krótkim przemówieniu Misia, rozpoczęliśmy zajęcia. Omawianie prawa harcerskiego, które dobrze znałem, było to dla mnie trochę nudne.

Dopiero przy nauce wiązania węzłów tak się do tego zapaliłem, że zapomniałem uda­wać nowicjusza. Wykonywałem szybko jeden węzeł po drugim. Spostrzegł to Miś i zawołał:

- O widzę, że druh jest specjalistą w robieniu węzłów! Gdzie nauczyliście się tego? Nie chciałem kłamać, jak i przyznawać się do swojej dawnej pracy harcerskiej, dlate­go też odpowiedziałem:

- Od dwóch lat z kilkoma kolegami bawiliśmy się w skauting i stąd znam niektóre je­go zasady i umiejętności.

- To dobrze - ucieszył się Miś - będziecie mogli szybciej zdać egzamin na trzeci sto­pień.

- Postaram się - mruknąłem, aby przerwać dalsze kłopotliwe dla mnie badanie.

Po zdaniu na tak zwany trzeci stopień czyli najniższy, harcerz otrzymywał krzyż ze zwykłą oksydowaną Alaską lilijką w środku, taki sam jak tradycyjnie obowiązuje i teraz. Na drugi stopień zdawało się po roku i otrzymywało się krzyż ze srebrną lilijką, a po trzech la­tach należenia do harcerstwa - krzyż pierwszego stopnia ze złotą lilijką. Obowiązywała wtedy znajomość prowadzenia zajęć harcerskich w drużynie, trzeba też było opanować tak zwane terenoznawstwo czyli ćwiczenia polowe, musztrę oraz początki wojskowej taktyki.

Wszyscy na ogół uczyli się tych umiejętności z całym zapałem. Na ogół niewielu było takich, którzy chcieli przyswoić sobie je przy pomocy różnych ułatwień, względnie skorzy­stać ze znajomości kolegów na wyższych funkcjach harcerskich. Ogół harcerzy niechętnie patrzał na podobne praktyki i zwykle szybko eliminował łazików ze swego grona. Prawa har­cerskiego przestrzegano dość skrupulatnie. Bywały rzadkie wypadki palenia papierosów. Od­dających się temu nałogowi usuwano bez pardonu. Oczywiście nie wszystkie punkty prawa harcerskiego były tak rygorystycznie przestrzegane. Nie miano za złe koledze drobnych kłamstw, zwłaszcza przy wykroczeniach szkolnych. Ceniono jednak prawdomówność i od­wagę cywilną. W tej atmosferze wychowało się wiele dzielnych ludzi o mocnych charakte­rach i patriotycznych poglądach. Miało to wychowanie wielkie znaczenie, gdyż po wkrocze­niu Niemców do Warszawy w sierpniu 1915 roku i ujawnieniu się tajnego dotąd harcerstwa, młodzież, zwłaszcza szkolna, masowo wstępowała do tej organizacji. Wzmagały ten żywio­łowy ruch imprezy urządzane przez Naczelną Komendę Harcerską.

Pierwszą taką imprezą były masowe ślubowania harcerskie i defilada wszystkich war­szawskich drużyn. Odbyły się one na początku października 1915 roku na Polu Mokotow­skim. Pamiętam je tak dobrze, jakby się odbywały niedawno.

Był piękny, słoneczny dzień październikowy. Niedziela. Już od wczesnego ranka na Pole śpieszyły tłumy warszawiaków żądnych ujrzeć swoją młodzież na jej pierwszym pokazie i uroczystości ślubowania. Zbiórka naszej drużyny odbyła się w szkole przy ul. Książęcej, skąd wyruszyliśmy w zwartym szyku, ze sztandarami i proporczykami zastępowymi na czele. Prezentowaliśmy się dobrze. Obowiązywał strój harcerski - zielona bluza i takież spodnie. Nie każdy taki uniform zdobył i nie każdego było na to stać! Postaraliśmy się, żeby wszyscy jednak mieli przepisowe bluzy. Do tej grupy należałem i ja. Na pamiątkę zrobiłem sobie po­tem zdjęcie, które szczęśliwie zachowało mi się dotychczas. Na lewym ramieniu szeregowi harcerze mieli przypięte siwe sznury, zastępowi brązowe, a drużynowy - czerwony.

Szliśmy ulicami Warszawy śpiewając na ogół dość sfornie różne pieśni, przeważnie wojskowe, dawne z okresu powstań narodowych i te najnowsze. Wszyscy przechodnie witali nas przyjaźnie, wielu biło brawo. Przecież to po raz pierwszy po tylu, tylu latach młodzież mogła wystąpić tak masowo. Porządku pilnowali wszędzie starsi harcerze i członkowie war­szawskiej Straży Obywatelskiej. Na ulicach nie widziało się w tym dniu niemieckich żandar­mów. Niemieckie władze okupacyjne zgodziły się na urządzenie tej imprezy i wydały jedno­cześnie rozkaz, aby i żandarmeria i policja nie ukazywały się na ulicach dla uniknięcia ewen­tualnych starć.

Pole Mokotowskie leżało wówczas na peryferiach Warszawy. Jednym swoim bokiem dotykało ulicy Polnej. Odbywały się na nim wyścigi konne, różne wystawy i pokazy, między innymi pierwszych samolotów. Było bardzo rozległe i nadawało się nawet do ćwiczeń woj­skowych.

Po przybyciu na miejsce, naszą drużynę jako pierwszą postawiono naprzeciwko try­buny. Za nami ustawiło się zwartych szeregach kilkadziesiąt męskich i żeńskich. Zajęły one dużą przestrzeń. Przyglądały się uroczystości tłumy publiczności. Zebrało się na pewno kil­kadziesiąt tysięcy ludzi. Stawiły się też dwie orkiestry jakichś zakładów pracy, jedna chyba tramwajarzy i druga zupełnie mi nieznana. Wygrywały na przemian różne utwory, najczę­ściej popularne i ludowe oraz marszowe wojskowe. Przed dziesiątą przybyli przedstawiciele władz miejskich oraz Naczelnej Komendy Harcerskiej z księdzem Mausbergerem, naczelni­kiem całego harcerstwa w okupacji niemieckiej. Kiedy na trybunie pojawiła się jego olbrzy­mia postać, miał bowiem chyba około 2 metrów wysokości, publiczność powitała go rzęsi­stymi brawami. Szeregi harcerskie karnie milczały.

Dopiero kiedy donośnym głosem zawołał: „Czołem, druhowie!” - odpowiedzieliśmy dość zgodnym, potężnym chórem: "czołem druhu komendancie!"

Komendant harcerstwa hołdował widocznie zwięzłości, gdyż jego mowa trwała nie więcej niż piętnaście minut. Przypomniał pokrótce historię skautingu i harcerstwa w Polsce, jego znaczenie w życiu młodzieży i w samowychowaniu oraz jego wagę dla przyszłych losów kraju. Nawoływał do wytrwałości i dzielności, do posłuszeństwa prawu harcerskiemu.

"Pamiętajcie - wołał - że ślubowanie, jakie za chwilę złożycie będzie was obowiązy­wać nawet wtedy, kiedy przestaniecie należeć do harcerstwa". Słowa te trafiły na podatny grunt. Wojna i nadzieja, jakie wiązał z nią naród polski, nie pozostały bez wpływu na mło­dzież. Patriotyzm dławiony i uśpiony rozmaitymi formami nacisku zaczął coraz silniej obja­wiać się właśnie wśród młodych. Jedni uniesieni patriotycznym zapałem zapisywali się do Legionów walczących przy boku państw centralnych, inni wstąpili do tzw. Legionu Puław­skiego, formowanego przy boku armii rosyjskiej. Trzeba przyznać, że w Królestwie Polskim nie było zbytniego zaufania do tej formacji. Nie miała określonego, jasno sformułowanego programu, o co ma Legion walczyć. Nie miała polskich mundurów, ani odznak. Mundury były kroju używanego w armii carskiej. To samo dotyczyło dystynkcji. Jedynie komenda była polska.

Ten brak haseł programowych i nikła propaganda wokół Legionu, celowo tłumiona przez władze carskie, sprawiły, że formacja ta nie cieszyła się powodzeniem wśród młodzie­ży. Większe powodzenie miały Legiony przy boku Austrii. Choć większość młodzieży zajęła wobec nich w Warszawie postawę przyjazną, nie kwapiła się jednak do masowego wstępo­wania do nich, nie mając również zaufania do obietnic państw centralnych. Ten stosunek do polskich formacji wojskowych nie pozostał bez wpływu na rozwój harcerstwa w pierwszych dwóch latach po zajęciu Królestwa przez wojska państw centralnych. W harcerstwie widziała młodzież prawdziwą polską organizację nie poddaną obcym wpływom. Mimo jej prawicowe­go charakteru nawet młodzież o lewicowym nastawieniu wstępowała do niej, jako jedynej wówczas polskiej organizacji młodzieżowej, o charakterze masowym. Trzon harcerstwa sta­nowili uczniowie, choć nie brakło drużyn, w których znajdowało się wielu chłopców, dzieci robotników. Najmniejszym powodzeniem cieszyła się ta organizacja na wsi, mimo iż była silnie popierana przez duchowieństwo.

Kiedy wówczas staliśmy zwartą gromadą na Polu Mokotowskim, nie nurtowały nas problemy partii politycznych, wszystkim nam bez względu na różnice socjalne i polityczne przyświecał jeden cel: niepodległość Polski. Dlatego z wielkim aplauzem przyjęliśmy prze­mówienie komendanta harcerstwa, mimo że wielu z nas o lewicowych poglądach nie zga­dzało się z jego niektórymi sformułowaniami.

Kiedy skończył przemówienie, głośne: hip, hurra, hurra rozlegało się jak grzmot przez dłuższy czas na placu. Po ks. Mausbergerze wystąpił przedstawiciel miasta. Chyba był to ks. Czetwertyński, ówczesny prezydent Warszawy. Nie mam jednak pewności czy rzeczywiście to on przemawiał. Jego przemówienie, niezbyt dobrze słyszalne, przyjęliśmy raczej chłodno. Pierwszą część zakończyło odegranie przez orkiestrę mazurka Dąbrowskiego. Wielu harcerzy chyba po raz pierwszy słyszało ten hymn i chyba po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat został w Warszawie publicznie, oficjalnie odegrany. Sądzę, że nieliczni harcerze znali wówczas jego słowa, które dopiero w ciągu najbliższych lat przyswoiła sobie cała młodzież szkolna i har­cerska.

Po odegraniu mazurka ustawiliśmy się do defilady. Otwierała ją nasza drużyna. Byli­śmy z tego niezmiernie dumni. I wypadliśmy chyba bardzo dobrze, gdyż zarówno na trybunie jak i wśród publiczności rozległy się rzęsiste brawa. Defilowaliśmy marszowym krokiem i biliśmy butami tak mocno, że moje sfatygowane podeszwy wykończyły się na tej uroczysto­ści całkowicie.

Po zakończeniu przemarszu wszystkich drużyn odbyły się pokazowe ćwiczenia polo­we. Wypadły na ogół nieźle. Nasza drużyna porządnie poprzednio ganiana przez Misia, za­prezentowała się podobno bardzo dobrze. Tak poinformował nas potem sam dyrektor szkoły, którym był wówczas p. Kutyłowski.

Po ćwiczeniach wróciliśmy w zwartym, sfornym szyku do szkoły. Szliśmy ulicami grzmiąco śpiewając wyuczone piosenki. Dyscyplina panowała wzorowa. Nikt nie wysuwał się z szeregu., staraliśmy się iść równo, rytmicznie, przecież na głowach mieliśmy niebieskie maciejówki, odznakę naszej szkoły i to jakoś zobowiązywało wszystkich do dobrego zacho­wania, nawet największych wisusów naszej klasy. Wiedzieli zresztą, że za wybryki na ulicy odpowiadała nie tylko szkoła w osobach nauczycieli, inspektora czy dyrektora, ale i społecz­ność klasowa, która niewłaściwe zachowanie ostro, czasami nawet bezwzględnie potępiała. Niemniejszych wzruszeń doznałem przy pierwszych polowych ćwiczeniach całego hufca, jakie odbyły się w połowie października 1915 roku na Saskiej Kępie. Wyglądała ona wów­czas inaczej niż obecnie. Nie była zupełnie zabudowana. Rozciągały się tu rozległe łąki z rzadkimi zabudowaniami, otoczonymi sadami. O ile mnie pamięć nie myli, było ich na całej Saskiej Kępie zaledwie kilka. Wszystkich zbiorów już dokonano, więc nic nie stało na prze­szkodzie naszym harcom na tym terenie.

Wypadły one w niedzielę. Wczesnym rankiem nasza drużyna przeprawiła się kursują­cym przy moście Poniatowskiego promem z Warszawy na Saską Kępę. Mosty, wysadzone przez ustępujące wojska rosyjskie, nie zostały jeszcze naprawione. Komunikacja odbywała się przy pomocy promów, łódek i jedynego mostu wojskowego pontonowego koło zburzone­go mostu Kierbedzia. Naszej drużynie, należącej do grupy "czerwonych", przypadło w udziale forsowanie silnie bronionej pozycji przez niebieskich. Podchody, rekonesanse, ataki wykonywaliśmy z wielkim zapałem. Wydawało mi się i nie tylko mnie, że jesteśmy na praw­dziwym froncie i walczymy naprawdę.

W czasie końcowej akcji krzycząc do swoich towarzyszy „naprzód" i zagrzewając ich do szybszego biegu, tak się przejąłem atakiem, że nie zauważyłem dość głębokiego rowu przecinającego zdradziecko łąkę i wypełnionego wodą. Wpadłem do niej po sam pas. Ale fason nie pozwalał, aby okazać niezadowolenie. Wyskoczyłem szybko ze śmiechem i rzuci­łem się naprzód razem ze śmiejącymi się z mojej przygody kolegami. Na szczęście ćwiczenia nie trwały długo. Mimo zimna dotrwałem do końca zbiórki. Przed rozejściem Miś omówił cały przebieg akcji, wytykając błędy i chwaląc poszczególne wyczyny. Wyróżnił zwłaszcza nasz zastęp za wzorową postawę, udane podchody i zwiady. Byliśmy bardzo dumni z tej po­chwały uważając, że w pełni na nie zasłużyliśmy. Nie uszedł też jego uwadze mój żałosny wygląd i szczękanie zębami z zimna. Kazał mi natychmiast udać się z kilkoma kolegami do najbliższej łódki i przeprawić na drugi brzeg na przeciwko ogrodu Frascati, skąd do domu miałem bardzo blisko. Mimo nieprzyjemnej przygody z rowem czułem się szczęśliwy. Uwa­żałem, że ja i moi koledzy stanęliśmy na progu walki o wolność swojego narodu, że dotych­czasowe marzenia wielu młodych mojego pokolenia staną się rzeczywistością, a my będzie­my świadkami i współtwórcami wielkich narodowych wydarzeń.

Wojskowe władze niemieckie nie sprzeciwiały się naszym manewrom urządzanym za ich zezwoleniem. Być może, że już na jesieni 1915 roku miały zamiary wykorzystania tego naszego zapału do wojaczki, oczywiście po ich stronie. Czy tak było rzeczywiście czy też kierowały się innymi względami, dotychczas nie zostało wyjaśnione. Najnowsze badania hi­storyczne nie zajmowały się i nie zajmują się tymi zagadnieniami. Jest więc luka w naszej wiedzy o stosunku niemieckich władz do młodzieży i harcerstwa. Osobiście, opierając się na wspomnieniach, uważam, że grały już wtedy rolę zamiary okupantów wciągnięcia młodych Królewiaków do służby wojskowej.

Z innych harcerskich ćwiczeń utkwiły mi najsilniej w pamięci ćwiczenia drużynowe w Młocinach. Nie leżały one wówczas w granicach Warszawy. Od jej peryferii do Młocin było około 10 kilometrów. Koło osiedla nad Wisłą rozciągały się niewielkie pagórki porośnięte lasem. Ten teren wybrała Rada Drużyny na nasze ćwiczenia. Wyruszyliśmy jak zwykle wcze­snym rankiem obładowani sprzętem kuchennym i prowiantem. Po przybyciu na miejsce zało­żyliśmy na dużej polanie w lesie obóz i postawiliśmy prowizoryczną kuchnię, na której zaraz też zaczęto przygotowywać obiad. Byłem bardzo rozgoryczony, kiedy przydzielono mnie na godzinę na kuchcika. Mimo niechęci do tej funkcji musiałem usłuchać rozkazu. Nosiłem więc wodę z Wisły, wtedy jeszcze nie zanieczyszczonej, rąbałem drwa i obierałem kartofle. A tymczasem koledzy odbywali już forsowne ćwiczenia po lasach i polach. Po półtorej godzinie zluzowano mnie z czynności kuchennych. Z zapałem wziąłem teraz udział w manewrach. Biegałem, padałem, kryłem się, robiłem podchody, pozorowałem wraz z innymi atak „strze­lecki" (strzały markowało klaskanie w ręce), wziąłem nawet do niewoli dwóch jeńców. Wszyscy byliśmy tymi ćwiczeniami zachwyceni, choć porządnie zmordowani. Po takich har­cach smakowała nam nawet przypalona zupa. Miś miał ogromną pretensję do kuchmistrza, ale nic już na kiepski obiad nie mógł poradzić.

Przed wieczorem ruszyliśmy w zwartym szyku, czwórkami w drogę do Warszawy. Szliśmy przez Bielany, a stąd najkrótszą drogą tak zwaną Młocińską do Powązek. Dziś ulica Młocińska jest bardzo krótka, wtedy jednak owa droga miała kilka kilometrów i prowadziła koło rzadko rozsianych gospodarstw chłopskich. Była tu najprawdziwsza wieś. Podczas mar­szu zacząłem z kilkoma druhami rozmawiać o przyszłości własnej i całego kraju.

- Nie wierzę w odzyskanie przez nas niepodległości - twierdził jeden z nich. - Naród nie jest do niej przygotowany. Weźmy dla przykładu pierwszych lepszych chłopów, ot choć­by tych, którzy tu mieszkają, pod Warszawą. Co oni wiedzą o Polsce, czy jej pragną? Żyją wspomnieniami cara batiuszki, któremu tylko źli polscy panowie nie pozwolili przydzielić im więcej ziemi.

Wielu z dyskutujących oburzyło się. Ja przyjąłem jego wypowiedź raczej zimno. Wie­działem, że ojciec tego kolegi jest właścicielem niewielkiego, ale intratnego folwarku w po­bliżu Warszawy. Zresztą trzeba przyznać, że miał rację, iż część ludności wiejskiej wierzyła w powrót władz carskich do Królestwa. Nie wszyscy jednak chłopi tak sądzili. Przekonaliśmy się o tym niebawem. Podczas przerwy w marszu zaszliśmy do jednej z chat stojącej na ubo­czu, prosząc o wodę. Wyszła do nas młoda kobieta wiejska, odświętnie ubrana. Zamiast po­dać nam kubek, abyśmy mogli zaczerpnąć wody z wiadra, cofnęła się do izby i przez pewien czas nie wychodziła. Byliśmy tym jej zachowaniem speszeni. Przypuszczaliśmy, że niechęt­nie w ogóle nas widzi. Toteż naprawdę uradowaliśmy się, kiedy wyszła powtórnie niosąc garnek i trzy kubki.

- Napijcie się lepiej, panowie, mleka - powiedziała - świeżutkie, niedawno doiłam krowy.

Mleko wypiliśmy ze smakiem, ale kiedy chcieliśmy za nie zapłacić, młoda gospodyni oburzyła się.

- Za poczęstunek u nas się nie płaci. A dałam mleko, bo harcerze tak jak żołnierze. I z was będą pewnikiem niedługo polscy wojacy. Jak tu brać pieniądze od takich? Podziękowaliśmy jej naprawdę gorąco. A Józek Dębowski jako zawsze w gorącej wo­dzie kąpany, pocałował nawet w rękę, co ją wyraźnie zmieszało.

Naszą grupę ucieszyło natomiast nie samo miłe przyjęcie, lecz stosunek tej młodej gospodyni do nas, harcerzy i do przyszłości. Był to jakby argument przeciwko tezom naszego kolegi - ziemianina. Jak wynikało ze spotkania, nawet ta wiejska kobieta była przekonana o powstaniu przyszłej Polski. Ta idea drążyła sobie w narodzie, choć powoli, coraz szerszą dro­gę.

Egzamin na najniższy czyli trzeci stopień harcerski odbyłem po trzech miesiącach należenia do harcerstwa. Komisja egzaminacyjna składała się z trzech osób: przedstawiciela hufca, drużynowego i jednego plutonowego. Egzaminowano dość długo i dokładnie. Kandy­dat do krzyża trzeciego stopnia musiał umieć wszystko, co przewidywał program szkolenia. Jeśli posiadał jakieś braki, polecano mu zgłosić się do egzaminu po miesiącu. Egzaminowane ze znajomości prawa harcerskiego, historii drużyny i życiorysu patrona drużyny, w naszym przypadku Romualda Traugutta oraz z podstawowych wiadomości z terenoznawstwa. Harcerz winien też był wykazać się umiejętnościami praktycznymi. Do najważniejszych należała sztuka szybkiego wiązania węzłów. Ponadto kandydat przeprowadzał przed komisją musztrę zastępu i zbiórkę opracowanych samodzielnie programów.

W najbliższą niedzielę po egzaminie odbyła się uroczystość wręczenia krzyży oraz legitymacji. Z dumą przypięliśmy sobie zdobyte odznaki. Uważaliśmy, że zasłużyliśmy na nie. Komisja nie przyznawała ich niedouczkom.

Jednocześnie każdy z udekorowanych zgłaszał swój akces do egzaminu drugiego stopnia, do krzyża ze srebrną lilijką. Można było do niego przypiąć dopiero po odbyciu rocznego stażu w harcerstwie. Osobiście tę odznakę zdobyłem już w pół roku, zaliczono mi bowiem mój udział w konspiracyjnym harcerstwie w Łomży.

Podczas drugiego egzaminu obowiązywała znajomość musztry zastępu i plutonu, tere­noznawstwa i takich specjalności jak: zakładania obozu, jego organizacji, prowadzenie ćwi­czeń terenowych w polu.

Dodatkowym punktem egzaminu były ćwiczenia z bronią. Nie we wszystkich druży­nach on obowiązywał, gdyż łączyło się to ze zdobyciem karabinu i przeprowadzeniem ćwi­czeń w warunkach konspiracyjnych. Tego rodzaju ćwiczenia odbywały się przy pośrednictwie bądź Polskiej Organizacji Wojskowej, bądź znajomych legionistów, bądź też członków Straży Obywatelskiej, w której jedynie komisarze mieli prawo do broni palnej. Szeregowi nosili tyl­ko krótkie szable.

Po blisko dwuletnim należeniu do harcerstwa wypisałem się z niego nie przystępując już do egzaminu pierwszego stopnia, a więc do prawa noszenia krzyża ze złotą lilijką. Przy­gniatająca większość kolegów też przestała należeć do tej organizacji. Jednym nie odpowia­dały już formy pracy, dobre według nich dla żółtodziobów w szkole, inni przestali się zgadzać z ideologią, której wówczas harcerstwo hołdowało. W zakresie politycznym była zbliżona do ideologii narodowej demokracji, a ta młodzieży, zwłaszcza tej niezamożnej, nie odpowiadała.

Trzeba jednak bezstronnie przyznać, że harcerstwo w owych przełomowych dla Polski czasach szerzyło wśród młodzieży świadomość narodową, kształciło miłość ojczyzny, wyra­biało pozytywne, osobiste cechy charakteru jak zaradność, dzielność, męstwo, odwagę i prawdomówność! Harcerstwo wychowało wtedy wiele dzielnych jednostek, które dobrze za­służyły się swojemu krajowi.


Powrót do: Strona główna

Opracował: W. Rylski