|
|
Ani dostojny wiek, ani głębia wiedzy
nie upoważniają mnie, aby zbyt mądrzyć się na temat zamierzchłej historii Gimnazjum
im. Tadeusza Rejtana. Czasem tylko uśmiecham się, gdy czytam opowiastki
„znawców”, jakoby w 1912 roku było Jego poprzednikiem „...Gimnazjum
Humanistyczne M. Rychłowskiego przy ul. Smolnej-Dolnej...” (w 1912 r. przy ul.
Smolnej 3, nr hip. 1286 b, było gimnazjum 8-klasowe obywatelskie Edwarda Świecimskiego),
jakoby ...od 1937 r. szkoła mieściła się w nowym gmachu przy ul.
Rakowieckiej...” (do 1939 r. szkoła mieściła się w starej siedzibie przy ul.
Książęcej 4). Rozpowszechnioną u nas beztroską mitomanię i niebezpieczny
„woluntaryzm historyczny” staram się, gdzie się tylko da, przygważdżać faktami,
datami i nazwiskami, zapisanymi w dokumentach. Dlatego o tym budynku przy ul. Rakowieckiej 23 i o
Liceum im. Rejtana piszę tylko to, co sam widziałem i przeżyłem – i co znajduje
dokumentarne potwierdzenie.
W okresie międzywojennym ulicę
Rakowiecką upatrzyły sobie liczne firmy z zagranicy. Głównym powodem były
oczywiście stosunkowo niskie ceny gruntów oraz niezła komunikacja. zawzięci
tropiciele tajemnic szpiegowskich doszukują się też przyczyn tego zainteresowania
w fakcie, że w okolicach Rakowieckiej skupiały się ważne obiekty wojskowe: jednostki
lotnictwa, artylerii przeciwlotniczej, Instytut Badań Lotnictwa, Powiatowe
Komendy Uzupełnień Warszawa-Miasto 2 i Warszawa-Powiat.
Na rogu Wiśniowej usadowiła się
holenderska wytwórnia wódek i likierów „Hulstkamp”. Na rogu Starościńskiej –
jest tam obecnie ambasada holenderska – pakowano sprowadzaną ze Szwajcarii
morfinę, kokainę i opium firmy „Roche”. Podobną paczkarnię wyrobów mniej
narkotycznych, za to smakowitszych (budynie, galaretki, proszek do pieczenia)
urządziła w Warszawie, celem przybliżenia się do rynku polskiego, znana fabryka
z Gdańska-Oliwy doktora Augusta Oetkera w nowym budynku przy ul. Rakowieckiej 23.
Podczas okupacji niemieckie władze wprowadziły tu „Leber-Kontrol
Warschau” Wilhelma Linsego – zakład zajmujący się zagospodarowaniem ścinków
skóry i futer dla potrzeb wojska. Miało to dla III Rzeszy na pewno większe
znaczenie niż galaretka cytrynowa. Jeszcze po wyzwoleniu Warszawy w 1945 r.,
gdy na Rakowiecką wprowadzało się gimnazjum Rejtana, znajdowaliśmy w salach
tego budynku całe stosy ścinków i pasków.
Jakimi drogami dotarł Rejtan z Książęcej na Mokotów? Po zamknięciu
gimnazjum ogólnokształcącego przez hitlerowców profesorowie i uczniowie znaleźli
schronienie przede wszystkim w pawilonach dawnego prywatnego gimnazjum
Giżyckiego na Wierzbnie, obok Królikarni (częściowo nauka zachowała ciągłość na
kompletach w mieszkaniach nauczycieli). Szkoła przetrwała wojnę pod szyldem
„zawodówki” ogrodniczej. Celem zachowania pozorów odbywaliśmy przepisową
praktykę na miejskich plantacjach przy ul. Chodkiewicza. Po ukończeniu 14 roku
życia wzywani byliśmy do Arbeitsamtu, gdzie otrzymywaliśmy pomarańczową
Arbeitskartę – dla Niemców dowód naszego prawa do życia.
Choć okupanci opieczętowali bibliotekę i magazyn pomocy naukowych
gimnazjum Giżyckiego, dzięki sprytowi i ofiarności woźnych wydobywaliśmy spod
plomb najniezbędniejsze podręczniki i lektury. W takich warunkach przeszedłem
pełny przedwojenny kurs I klasy gimnazjalnej, przy sposobności zaś – nauczyłem
się odróżniać flance pomidorów od młodej naci ziemniaczanej.
Po Powstaniu tak się ułożyły losy, że wielu wypędzonych z Warszawy
nauczycieli i uczniów „od Rejtana” znalazło się w Piotrkowie Trybunalskim. Tam
też organizowano lekcje potajemne w miesiącach listopad 1944 – styczeń 1945.
Oto jeszcze jeden dowód niezmożonej siły i wytrwałości polskiego szkolnictwa,
nawet w oparach ogólnego smutku i zniechęcenia po klęsce Warszawy!
Po wyzwoleniu rozpoczęto natychmiast poszukiwania odpowiedniego budynku
(kamienica przy Książęcej została zniszczona). Niemcy uciekli – pozostał
niezniszcony i opustoszały gmach przy ul. Rakowieckiej, gdzie Gimnazjum i
Liceum im. Rejtana spędziło kilka powojennych lat aż do chwili przeniesienia do
nowego, własnego gmachu przy ul. Wiktorskiej.
Przy sposobności wspominania lat szkolnych wylicza się zwykle nazwiska
profesorów i wychowawców. Zapisana w mej pamięci lista jest bardzo długa –
zostanie z pewnością odtworzona podczas odbywającego się w tych dniach
spotkania absolwentów. Tu ograniczę się tylko do dwóch nazwisk na prawdę
niezapomnianych; srebrzystobrodego dyrektora Ostrowskiego, który tak skutecznie
napędzał mnie do nauki w popowstaniowym Piotrkowie – i pierwszego nauczyciela
łaciny, prof. Staszczyka, który wszczepił mi w świadomość na zawsze słowa
Horacego: „Non omnis moriar”.
PS. ...