Jeszcze na początku lat siedemdziesiątych VI Liceum Ogólnokształcące im.
Tadeusza Reytana pretendowało do tytułu najlepszej szkoły średniej w Warszawie.
Wysoka ta pozycja możliwa była do utrzymania dzięki wysiłkom starannie dobranej
kadry pedagogicznej, z dyrektorem Stanisławem Wojciechowskim na czele. Pieczołowicie
pielęgnowana, blisko siedemdziesięcioletnia, liberalna tradycja szkoły
zapewniała jej popularność w środowiskach młodzieżowych. Stało się też regułą,
że ponad 90% absolwentów „Reytana” corocznie zdawało z dobrym skutkiem egzaminy
na wyższe uczelnie.
Przełom nastąpił w roku 1974, kiedy zlikwidowano egzaminy wstępne do
szkół średnich. W „Reytanie” nastąpiła dość radykalna zmiana personalna: na
miejsce odchodzącego na emeryturę dyrektora Wojciechowskiego kuratorium
desygnowało polonistkę, Halinę Szczepańską. Zastępcami dyrektor Szczepańskiej
pozostali wprawdzie dawni współpracownicy dyrektora Wojciechowskiego,
wicedyrektor Wyremba nie cieszył się jednak zaufaniem młodzieży. Atmosfera w
szkole pogorszyła się bardzo szybko. Już 1 września 1974 roku w rozmowach
kuluarowych zastanawiano się, dlaczego pożegnanie dyrektora Wojciechowskiego
odbyło się tak cicho i, jak sądzono, bez szacunku należnego człowiekowi, który
z górą dwadzieścia lat poświęcił pracy dla „Reytana”. Na razie jednak – niejako
siłą rozpędu – życie społeczności reytaniackiej obfitowało w wydarzenia
ciekawe, potrzebne i wartościowe.
W tym miejscu należy wspomnieć o roli harcerzy w „Reytanie”. Trudno
byłoby wyobrazić sobie szkołę bez Szczepu 1 Warszawskich Drużyn Harcerskich
„Czarna Jedynka” im. Romualda Traugutta, najstarszej, bo powstałej w roku 1911,
drużyny harcerskiej w Warszawie, a przede wszystkim – bez Kręgu
Instruktorskiego „Gromada Włóczęgów”, zrzeszającego głównie absolwentów
„Reytana”. Praca „Gromady” polegała głównie na organizowaniu spotkań
dyskusyjnych, na które często zapraszano warszawskich intelektualistów.
„Gromada” miała zawsze – ze względu na swa niepokorną działalność – partyjnego
opiekuna z ramienia komendy Hufca Mokotów. Ostatnim opiekunem była hm. PL
Halina Wiśniewska. Za to, że nie chciała przeszkadzać w swobodnej wymianie
myśli podczas spotkań Kręgu i współuczestniczyć w jego likwidacji, została
karnie zwolniona z ZHP. Podobny los czekał trzech instruktorów „Gromady”,
uczestniczących z ramienia Komitetu Obrony Robotników w akcji pomocy
prześladowanym po czerwcu 1976 roku: phm. Marka Barańskiego, phm. Piotra Naimskiego
i pwd. Wojciecha Onyszkiewicza. Wyrzucono ich rozkazem komendanta Hufca za
postępowanie niezgodne ze statutem ZHP. Wkrótce też zawieszona działalność „Gromady”
– do chwili przedstawienia „konkretnego programu”. Działo się to pod koniec
1976 roku, kiedy „Reytanem” interesowały się już żywo policja i Komitet
Dzielnicowy PZPR. Formalne rozwiązanie „Gromady” nie mogło jednak zmusić jej
członków do całkowitego odejścia od środowisk harcerskich. Wielu z nich do dziś
nie zerwało kontaktu z „Jedynką”.
Można mieć poważne zastrzeżenia do poziomu harcerskiego całego Szczepu.
Trzeba jednak pamiętać, że nawet dziś, po tylu represjach i szykanach, nie
uznaje on – jak wiele, na szczęście, drużyn ze szkół ponadpodstawowych –
oficjalnej, „zaszczytnej” nazwy „Szczep 1 Warszawskich Drużyn Harcerskiej
Służby Polsce Socjalistycznej”. Wydaje się, że duża w tym zasługa instruktorów
„Gromady”.
Po formalnym załatwieniu sprawy „Gromady” komenda Hufca postanowiła –
zapewne za podszeptem władz partyjno-politycznych – rozprawić się z Komendą
niepokornego Szczepu. Nadeszła wiadomość o zwolnieniu komendanta „Jedynki”,
phm. Jerzego Wiśniewskiego. Spotkało się to z ostrą reakcją harcerzy. Na walnym
Zgromadzeniu Szczepu wystosowano protest w sprawie zwolnienia Wiśniewskiego i
instruktorów „Gromady”. Uchwała zapadła przytłaczającą większością głosów.
Dyrekcja szkoły musiała zastosować „środki zaradcze”. Kazano uczniom wypełnić
ankiety dotyczące m. inn. przynależności partyjnej rodziców. Następnie
zorganizowano w Klubie Nauczyciela przy ul. Odyńca zebranie dla rodziców – członków
PZPR. Nie zorientowanych w sytuacji rodziców łatwo było przekonać, że „Jedynką”
zawładnęły siły wrogie Polsce. Naimskiego, Onyszkiewicza i Wojciecha
Fałkowskiego, młodego historyka, usunięto ze szkoły w lutym 1977 roku, nazywano
agentami RWE i CIA, Szczep zaś – „wylęgarnią szpiegów”. Forma takich zebrań
okazała się pomysłem wcale w swej perfidii udanym i kilkakrotnie stosowano ją
później.
Z kręgów ściśle związanych z „Jedynką” wyszła także inicjatywa powołania
tzw. „Nowej Gromady”, której głównym zadaniem miało być stworzenie w szkole
samorządu, będącego rzeczywistą reprezentacją uczniów.. Jej kulturalna
działalność obejmowała patronat nad pismem „Za i obok”, redagowanym nie tylko przez aktualnych
uczniów „Reytana”, ale przede wszystkim przez absolwentów. Niewątpliwym brakiem
w pracy redakcji była duża nieregularność w ukazywaniu się periodyku. Był on
jednak bardzo popularny w całej szkole, pomimo niewielkiej liczby
kolportowanych egzemplarzy. W roku szkolnym 1975/76 ukazały się trzy numery „Za
i obok”.
Drugim reytaniackim pismem był „Hajd Park”, założony pod koniec roku 1975
przez uczniów ówczesnej klasy II-1 (humanistycznej). Ukazywał się w
regularnych, miesięcznych odstępach. Publikacje hajdparkowskie z pierwszych
miesięcy pisma wyraźnie ustępowały artykułom „Za i obok”, z biegiem jednak czasu sytuacja uległa
pozytywnym zmianom.
Oba pisma cieszyły się także dużą popularnością wśród nauczycieli. Były
tolerowane przez dyrekcję, zdziwioną chyba i zaskoczoną tak ożywioną
działalnością publicystyczną Reytaniaków. Na razie jednak nic nie zapowiadało
kłopotów, które miały nastąpić i obie redakcje pracowały sumiennie nad
podniesieniem poziomu swoich pism. Zamieszczano coraz więcej artykułów o
bolączkach życia codziennego szkoły, a nawet próbowano zajmować się sprawami
rozleglejszymi – jak szkolnictwo i nauczanie w PRL oraz prawa obywatelskie. Pojawiły
się pierwsze próby literackie. Żadna cenzura nie istniała, lecz nie znaczy to,
że dyrekcja szkoły nie dbała o „właściwy” charakter pism. Przykładem niech
będzie ożywiona „Współpraca” z „Hajd Parkiem” inż. Marii Kowalczyk,
nauczycielki chemii. Po jednym z artykułów, w którym powołano się na słynny 71
artykuł VII rozdziału Konstytucji z 1952 r. (mówiący o wolności słowa), Maria
Kowalczyk wystosowała do redakcji list. Oto jego fragment: „Mili moi, wiadomo,
że sondować i pisać to nie wszystko. Należy wyciągać wnioski i realizować
własne pragnienia. Weźcie się za „coś” naprawdę i pokażcie cierniową drogę realizacji
własnych zamierzeń (sic). Ale pisać tylko po to, aby zapełniać kolejne numery
coraz znakomitszego zresztą „Hajd Parku”, to nie wystarczy. I w dodatku
popierać to wszystko powoływaniem się na Konstytucję PRL. Nie obraźcie się
kochani, ale takie pisemko jak Wasze nie powinno sięgać tak wysoko. Wystarczy
zupełnie Kodeks uczniowski; do Konstytucji niech się odwołuje „Polityka” – to
jej prawo i obowiązek. Wy na razie korzystajcie z praw jakie dała Wam PRL”.
Sytuacja obu pism skomplikowała się bardzo pod koniec roku 1976, kiedy
młodzież – dzięki pracy „Nowej Gromady” – zorganizowała demokratyczne, z
powszechnym i bezpośrednim głosowaniem, wybory do Uczniowskiej Rady Szkolnej. Z
dwóch głównych kandydatów jeden nie miał poparcia dyrekcji, doznał go natomiast
jego kontrkandydat. Gorączkowa atmosfera, nie reżyserowane wiece wyborcze,
kluby sympatyków – wszystko to sprawiało, że dyrekcja powoli traciła kontrolę
nad wydarzeniami. Sytuacja taka nie mogła, oczywiście, trwać długo.
Bezpośrednio przed wyborami wicedyrektorzy oraz wychowawcy wielu klas
przeprowadzili pogadanki uświadamiające w poszczególnych klasach. Te zajęcia
propagandowe miały przekonać uczniów, że ewentualny wybór pierwszego z kandydatów
na tak eksponowane stanowisko zaszkodzi mu w dalszej nauce: przede wszystkim
utrudni zdanie matury, a już na pewno uniemożliwi dostanie się na studia.
Należy dodać, że zawsze należał on do grupy najzdolniejszych uczniów „Reytana”.
Na te taktykę zdołano nabrać wielu uczniów. Kandydat akceptowany przez dyrekcję
wygrał wybory. Opisana wyżej sytuacja nie została, oczywiście, zlekceważona
przez reytaniackich publicystów, który satyrycznie skomentowali tę odgórnie
sterowaną demokrację wyborczą. Pisma stały się dla dyrekcji niewygodne i na
czas bliżej nie określony zakazano wydawać ich kolejne numery. Niebawem
przyszło zarządzenie ówczesnego Kuratora Oświaty i Wychowania m. st. Warszawy,
mgr. Romualda Lerskiego, „W sprawie nadzoru i kontroli nad niektórymi publikacjami
szkolnymi i pomocami dydaktycznymi”. Dyrekcja nie mogąc już dłużej tolerować
swobodnej i żywiołowej działalności pism, skorzystała z pomocy władz
zwierzchnich.
Oto wybrane fragmenty Zarządzenia nr 78 Kuratora Oświaty i Wychowania z
dnia 22 kwietnia 1976 roku:
„/.../ 1. Nadzór ogólny
i kontrolę nad wydawaniem i rozpowszechnianiem publikacji w Województwie
Stołecznym Warszawskim sprawuje Kurator Oświaty i Wychowania. /.../
3. Publikacje szkolne z
dwiema recenzjami i wnioskiem administracji szkolnej o zezwolenie na druk i
publikację, placówki przesyłają do merytorycznych działów Kuratorium Oświaty i
Wychowania, które wnioski opiniują i przekazują do rozpatrzenia zespołowi
Wojewódzkiej Inspekcji Szkolnej. /Mgr Tadeusz Szyndler – koordynator WIS, mgr
Stanisław Celiński – st. wizytator WIS/.”
Okazało się więc niemożliwe kontynuowanie działalności publicystycznej.
Widmo kilkustopniowej cenzury odebrało ochotę do pisania wszystkim
zainteresowanym. W zamian dyr. Wyremba zaproponował... stworzenie gazetki
ściennej.
W roku 1976 Włodzimierz Kisielewski, nauczyciel języka polskiego, powołał
do życia Grupę Teatralną. Jej działalność była od początku bardzo dynamiczna:
zrealizowano kilka spektakli, w tym „Wesele poety” Krzysztofa Kamila
Baczyńskiego – przedstawienie kilkakrotnie prezentowane w szkole, w
„Riwierze”na spotkaniach Nike 76 oraz na imprezach wyjazdowych, gdzie amatorska
działalność grupy była nagradzana.
Apogeum ostatnich lat historii „Reytana” przypadło na wiosnę 1977 roku.
Siedmiu nauczycieli: Anna Modrzejewska (język polski), Anna Sosin (język
rosyjski), Stefania Światłowska (język łaciński), Wojciech Fałkowski
(historia), Ireneusz Gugulski (język polski) oraz zatrudnione na godziny
zlecone: Maria Kikolska (biologia) i Ewa Ostrowska (historia) podpisało list w
sprawie powołania specjalnej komisji sejmowej dla zbadania wydarzeń czerwcowych
1976. Decyzją władz oświatowych profesorowie: Modrzejewska, Sosin i Gugulski
mieli zostać przeniesieni do innych szkół, pozostali zaś oraz profesor Wiesław
Żurawski, który wprawdzie petycji nie podpisał, ale był uważany niejako za ojca
duchownego wspomnianej grupy nauczycieli – na emeryturę. „Reytan” zawrzał. Nie
było nikogo, kto jawnie poparł by decyzję władz. Istniały natomiast różnice co
do tego, jaką formę protestu zastosować. Zdecydowano się na petycję do I
Sekretarza KC PZPR. Zrazu podpisało ją stosunkowo wielu uczniów. Dyrekcja i
niektórzy uczniowie przystąpili jednak do planowej akcji „przekonywania”
wychowanków o konieczności wycofania podpisów. Starano się wytworzyć atmosferę
zastraszenia. Rozpuszczano plotki, że podpisujący list mają przekreślone szanse
na zdanie matury i egzamin na studia, ponadto zaś ich rodziców czekają
nieprzyjemności w pracy.
W stosunku do bardziej opornych stosowano metodę perswazji. Twierdzono
mianowicie, że list może... zaszkodzić wyrzuconym z pracy nauczycielom. „To nie
ma sensu” – słyszało się w kuluarowych rozmowach – „wysoko postawieni rodzice
Reytaniaków oraz dawni uczniowie są w trakcie załatwiania sprawy. Petycja może
przeszkodzić w pozytywnym doprowadzeniu jej do końca”.
Środki zastosowane przez dyrekcję szkoły dały niewielkie rezultaty – 159
uczniów utrzymało złożone podpisy. Obok nich list do Ministra Oświaty i
Wychowania wystosowało 252 absolwentów. Osobną petycję skierowali do władz
Związku Nauczycielstwa Polskiego nauczyciele „Reytana”.
Kuratorium Oświaty i Wychowania oraz komitet Dzielnicowy PZPR
najwyraźniej zaskoczone i przestraszone rozwojem wypadków zorganizowały w
„Reytanie” nadzwyczajną radę pedagogiczną. Wzięli w niej udział: ówczesny
kurator Lerski, I sekretarz KD PZPR Mokotowa Pulkowski, inspektor oświaty
dzielnicy Przybyłowicz oraz zastępca inspektora Czechowicz. W imieniu
represjonowanych nauczycieli głos zabierali profesorowie: Gugulski, Sosin i
Modrzejewska. Półgodzinna wypowiedź profesora Gugulskiego, charakteryzująca
dokładnie sytuacje szkoły, szczególnie zdenerwowała „gości”, przygotowanych
raczej na samokrytyke. Kurator Lerski powiedział m. inn., że władze oświatowe
będą w pełni wykorzystywać prawo do przesuwania nauczycieli na inne stanowiska.
„Jeżeli zajdzie potrzeba, zaczniemy przenosić nawet do przedszkoli” – mówił. na
razie jednak groźby tej nie spełniono. Stracili natomiast dotychczasowe posady:
Lerski, oddelegowany na funkcje I sekretarza KD PZPR Mokotowa, Pulkowski i
Przybyłowicz. Niestety, jak się potem okazało, owo posiedzenie rady
pedagogicznej było tylko wstępem do późniejszej planowej akcji, która
doprowadziła do częściowego zastraszenia grona pedagogicznego „Reytana”.
Protesty nauczycieli, uczniów i absolwentów dały pewne rezultaty.
Pozostawiono na dotychczasowych stanowiskach Annę Modrzejewską i Annę Sosin;
wielokrotnie jednak wypominano im potem tę sprawę, a profesor Modrzejewską
wręcz prześladowano z powodu niezależnych poglądów. Profesora Gugulskiego,
sztandarową postać opisywanych wydarzeń, wielokrotnie represjonowanego,
przeniesiono „z urzędu i bez zgody” do wolskiego Liceum im. Mikołaja Kopernika.
Utrzymano też w mocy decyzję o zwolnieniach na emeryturę z tym, że profesor
Światłowska uczyła w „Reytanie” jeszcze przez rok. Nie trzeba dodawać, że ci
jakże zasłużeni dla szkoły pedagodzy odeszli bez słowa pożegnania i
podziękowania. Najdotkliwiej odczuł to profesor Żurawski, który po rozstaniu z
młodzieżą zapadł na ciężką chorobę. Nie dane mu już było wrócić do zdrowia...
Po pozbyciu się z „Reytana” części niepokornej kadry pedagogicznej władze
kontynuowały akcję niszczenia liberalnej tradycji szkoły. Przy obu wejściach do
budynku ustawiono dyżurnych, których obowiązkiem było notowanie nazwisk wszystkich
„obcych” wchodzących na teren liceum. Był to, rzecz jasna, dodatkowy środek
zapobiegawczy wobec natrętnych absolwentów. Ich chęć utrzymywania kontaktów ze
szkołą, nie spotykana gdzie indziej na taką skalę, stała się niewygodna i
niebezpieczna.
W roku szkolnym 1977/78 zorganizowano tylko pięć (zamiast ośmiu) klas
pierwszych, eliminując przy tym profil humanistyczny. Nastąpiły zmiany w
składzie dyrekcji: zwolniono trójkę dotychczasowych dyrektorów. Na miejsce
Haliny Szczepańskiej przyszedł Janusz Olszewski, dotychczasowy
wizytator-metodyk Kuratorium Oświaty i Wychowania m. st. Warszawy, aktualny
funkcjonariusz ORMO. Jego dwuletnie na razie rządy zapisały się czarnymi
zgłoskami w historii szkoły. Znienawidzony powszechnie przez uczniów i nauczycieli
wiedział, że tylko prostackie, oparte na zasadzie „silnej ręki” rządy zapewnią
mu dobrą opinię przełożonych. Dobrał sobie zresztą odpowiednich
współpracowników, z których należy wymienić dyr. Wiewiórkowską, sekretarza
POP-u Halinę Dominowską i nauczycielkę historii i pnos-u Dąbrowską. Ta grupa
„wychowawców młodzieży” postanowiła przede wszystkim sparaliżować życie
pozalekcyjne szkoły. Na imprezy odbywające się na terenie liceum po południu
trzeba było uzyskać specjalną zgodę dyrekcji. Nie było mowy nawet o dyskotekach.
Nie pozwolono na zorganizowanie wyborów do Uczniowskiej Rady Szkolnej według
wzorów z lat poprzednich. Szblonowe wybory, które narzuciła dyrekcja, zostały
przez dużą grupę uczniów zbojkotowane; kilkunastu z nich demonstracyjnie
opuściło salę. Wyznaczony przez dyrekcję przewodniczący URS nie mógł – mimo
najlepszych chęci – rozwinąć jakiejkolwiek działalności, tak że w praktyce jego
funkcja ograniczyła się do powiadamiania o kolejnych zebraniach URS.
Na Dzień Nauczyciela w roku 1977 kilka klas czwartych przygotowało
inscenizację fragmentów „Ferdydurke” Gombrowicza. Dobrze wyreżyserowane
przedstawienie wywołało aplauz widowni. Na zakończenie przemówił dyr.
Olszewski. „Przedstawiono tu obrazy z życia szkoły dawnej” – powiedział.
„Możecie stwierdzić, jak bardzo różni się ona od współczesnej”. Było to
powiedziane z całą powagą, lecz brzmiało jak żart. Nikt się jednak nie śmiał...
Wystawienie „Ferdydurke” było chyba ostatnim wielkim wydarzeniem
kulturalnym „Reytana”. Wkrótce po nim członkowie URS – a raczej ci z nich,
którzy chcieli cokolwiek robić – ogłosili przez rozgłośnię muzyczną
oświadczenie wyjaśniające, dlaczego URS nie działa tak, jak pragnęliby tego
uczniowie. W chwilę później z głośników popłynęły takty marszu pogrzebowego.
Na wiosnę roku 1978 dyrekcja i POP PZPR zanotowały niewątpliwy sukces.
„Trybuna Ludu” z dnia 21 kwietnia z radością doniosła, że kilku abiturientów VI
Liceum Ogólnokształcącego otrzymało legitymacje kandydackie PZPR. Partyjny
dziennik przeprowadził wywiad z Bogusławem Podniesińskim, uczniem ówczesnej
klasy IV-3, który fakt swego wstąpienia do partii tłumaczył tradycją rodzinną.
Autorzy niniejszego szkicu sądzą, że tow. Bogusław Podniesiński, obecnie
student Wydziału dziennikarstwa i Nauk Politycznych, powinien udzielić „Trybunie”
jeszcze jednego wywiadu, w którym opowie, w jaki sposób dostał się na studia i
jak bardzo pomogła mu w tym przynależność partyjna. Kto wie, może to będzie
dobra reklama? Wszak dyr. Olszewski stwierdził, że do partii wstępuje młodzież
najlepsza. Jest więc chyba i prawdomówna...
Ostatniego dnia Świąt Wielkanocnych 1979 r. środowisko ludzi związanych z
„Reytanem” obiegła tragiczna wiadomość: zmarł profesor Wiesław Żurawski,
absolwent i nauczyciel „Reytana”, szanowany i kochany przez pokolenia
reytaniaków. Nieoceniony jako historyk, przeniesiony na emeryturę w czerwcu
1977 r., bardzo podupadł na zdrowiu. Po prostu – nie mógł żyć bez „Reytana”...
Zrozumiałe więc, że wszyscy dawni uczniowie chcieli jak najuroczyściej
uczcić pamięć zmarłego Pedagoga. Przed szkołą wywieszono kir i klepsydrę
żałobną. Dyr. Olszewski kazał je zdjąć; klepsydrę ponoć dlatego, że widniały
tam litery Ś. P. Dyrektor nie wyraził też zgody na uczestnictwo sztandaru
szkoły w uroczystościach pogrzebowych i dopiero interwencje u władz partyjnych
sprawiły, że poczet sztandarowy znalazł się na cmentarzu. Jakkolwiek by nie
tłumaczyć tego zajścia jedno jest pewne:
tym razem dyrekcja przekroczyła granice zwykłej ludzkiej przyzwoitości,
która nakazuje nam szanować uczucia innych. I dobrze się stało, że nad trumną
zmarłego przemawiał dawny dyrektor Stanisław Wojciechowski.
W tym roku po raz pierwszy zaobserwowano w „Reytanie” niedobór kandydatów
do klas pierwszych. Luki zapełniono młodzieżą, która z braku miejsc nie dostała
się do innych szkół mokotowskich. Zadziwiające, jak w ciągu kilku lat obniżył
się autorytet liceum.
Dzień współczesny szkoły nie jest jednak – mimo różnorakich represji i
utrudnień – tylko beznadziejną bieganiną z pracowni do pracowni na kolejne
lekcje. Przykładem inicjatywy w starym, dobrym stylu może być zorganizowana w
maju zeszłego roku przez 1WDH-a – z konieczności w mieszkaniu prywatnym –
Pierwsza Jubileuszowa Wystawa Prasy Reytaniackiej. Znalazły się na niej obok
wielu innych – wspomniane przez nas pisma „Za i obok” i „Hajd Park”.
W historii upadku szkolnictwa w PRL sprawa „Reytana” rysuje się wyjątkowo
wyraźnie. Łatwo, ale i ciężko o niej pisać. Trudności sprawia brak wielu
informacji, które może w bardziej obiektywnym świetle ukazałyby życie szkoły.
Pewne rzeczy trzeba, niestety, przemilczeć, aby zapewnić zaangażowanym w nie
ludziom bezpieczeństwo. Stąd właśnie wynikały kłopoty autorów. Łatwość w
spojrzeniu na problemy szkoły umożliwia dystans do tego wszystkiego, co minęło
w ciągu czterech lat nauki w szkole, lecz w pamięci – pozostanie na całe życie.
Jeszcze tylko dziesięć lat istnienia pozostało naszej szkole, jeszcze
tylko dziesięć kolejnych studniówek, dziesięć matur i dziesięć balów
maturalnych. Stare posadzki podniszczy w tym czasie kolejne kilka tysięcy
reytaniaków, którzy po ukończeniu szkoły – miejmy nadzieję, nie bez pewnej dumy
– nosić będą tradycyjne czerwone trójkąty z wpisanymi w nie literami TR –
Odznaki Rodziny „Reytana”. Zresztą może dyrekcja i te drobiazgi zlikwiduje – po
co nam tradycja, po co więź uczniowska, no po co... Z niepokojem zastanawiamy
się, co się stanie z tym dziwnym człowiekiem, który – na płótnie uwieczniony –
rozdziera sobie koszulę na piersiach, leżąc pod drzwiami u stóp jakiegoś tłumu.
Pewnie zniszczeje gdzieś w kurzu i wilgoci magazynów, patrząc bez nadziei przed
siebie. Ostatni wierny sobie. A może – przed ostatni...?
W styczniu 1980 roku.