Andrzej Drogosz, Kajetan Maciejewski, maszynopis pt. Pokrzyżowały się nagle plany. Szkic o dziejach najnowszych VI Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Reytana.

 

Pamięci Profesora Wiesława Żurawskiego

 

Jeszcze na początku lat siedemdziesiątych VI Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Reytana pretendowało do tytułu najlepszej szkoły średniej w Warszawie. Wysoka ta pozycja możliwa była do utrzymania dzięki wysiłkom starannie dobranej kadry pedagogicznej, z dyrektorem Stanisławem Wojciechowskim na czele. Pieczołowicie pielęgnowana, blisko siedemdziesięcioletnia, liberalna tradycja szkoły zapewniała jej popularność w środowiskach młodzieżowych. Stało się też regułą, że ponad 90% absolwentów „Reytana” corocznie zdawało z dobrym skutkiem egzaminy na wyższe uczelnie.

Przełom nastąpił w roku 1974, kiedy zlikwidowano egzaminy wstępne do szkół średnich. W „Reytanie” nastąpiła dość radykalna zmiana personalna: na miejsce odchodzącego na emeryturę dyrektora Wojciechowskiego kuratorium desygnowało polonistkę, Halinę Szczepańską. Zastępcami dyrektor Szczepańskiej pozostali wprawdzie dawni współpracownicy dyrektora Wojciechowskiego, wicedyrektor Wyremba nie cieszył się jednak zaufaniem młodzieży. Atmosfera w szkole pogorszyła się bardzo szybko. Już 1 września 1974 roku w rozmowach kuluarowych zastanawiano się, dlaczego pożegnanie dyrektora Wojciechowskiego odbyło się tak cicho i, jak sądzono, bez szacunku należnego człowiekowi, który z górą dwadzieścia lat poświęcił pracy dla „Reytana”. Na razie jednak – niejako siłą rozpędu – życie społeczności reytaniackiej obfitowało w wydarzenia ciekawe, potrzebne i wartościowe.

W tym miejscu należy wspomnieć o roli harcerzy w „Reytanie”. Trudno byłoby wyobrazić sobie szkołę bez Szczepu 1 Warszawskich Drużyn Harcerskich „Czarna Jedynka” im. Romualda Traugutta, najstarszej, bo powstałej w roku 1911, drużyny harcerskiej w Warszawie, a przede wszystkim – bez Kręgu Instruktorskiego „Gromada Włóczęgów”, zrzeszającego głównie absolwentów „Reytana”. Praca „Gromady” polegała głównie na organizowaniu spotkań dyskusyjnych, na które często zapraszano warszawskich intelektualistów. „Gromada” miała zawsze – ze względu na swa niepokorną działalność – partyjnego opiekuna z ramienia komendy Hufca Mokotów. Ostatnim opiekunem była hm. PL Halina Wiśniewska. Za to, że nie chciała przeszkadzać w swobodnej wymianie myśli podczas spotkań Kręgu i współuczestniczyć w jego likwidacji, została karnie zwolniona z ZHP. Podobny los czekał trzech instruktorów „Gromady”, uczestniczących z ramienia Komitetu Obrony Robotników w akcji pomocy prześladowanym po czerwcu 1976 roku: phm. Marka Barańskiego, phm. Piotra Naimskiego i pwd. Wojciecha Onyszkiewicza. Wyrzucono ich rozkazem komendanta Hufca za postępowanie niezgodne ze statutem ZHP. Wkrótce też zawieszona działalność „Gromady” – do chwili przedstawienia „konkretnego programu”. Działo się to pod koniec 1976 roku, kiedy „Reytanem” interesowały się już żywo policja i Komitet Dzielnicowy PZPR. Formalne rozwiązanie „Gromady” nie mogło jednak zmusić jej członków do całkowitego odejścia od środowisk harcerskich. Wielu z nich do dziś nie zerwało kontaktu z „Jedynką”.

Można mieć poważne zastrzeżenia do poziomu harcerskiego całego Szczepu. Trzeba jednak pamiętać, że nawet dziś, po tylu represjach i szykanach, nie uznaje on – jak wiele, na szczęście, drużyn ze szkół ponadpodstawowych – oficjalnej, „zaszczytnej” nazwy „Szczep 1 Warszawskich Drużyn Harcerskiej Służby Polsce Socjalistycznej”. Wydaje się, że duża w tym zasługa instruktorów „Gromady”.

Po formalnym załatwieniu sprawy „Gromady” komenda Hufca postanowiła – zapewne za podszeptem władz partyjno-politycznych – rozprawić się z Komendą niepokornego Szczepu. Nadeszła wiadomość o zwolnieniu komendanta „Jedynki”, phm. Jerzego Wiśniewskiego. Spotkało się to z ostrą reakcją harcerzy. Na walnym Zgromadzeniu Szczepu wystosowano protest w sprawie zwolnienia Wiśniewskiego i instruktorów „Gromady”. Uchwała zapadła przytłaczającą większością głosów. Dyrekcja szkoły musiała zastosować „środki zaradcze”. Kazano uczniom wypełnić ankiety dotyczące m. inn. przynależności partyjnej rodziców. Następnie zorganizowano w Klubie Nauczyciela przy ul. Odyńca zebranie dla rodziców – członków PZPR. Nie zorientowanych w sytuacji rodziców łatwo było przekonać, że „Jedynką” zawładnęły siły wrogie Polsce. Naimskiego, Onyszkiewicza i Wojciecha Fałkowskiego, młodego historyka, usunięto ze szkoły w lutym 1977 roku, nazywano agentami RWE i CIA, Szczep zaś – „wylęgarnią szpiegów”. Forma takich zebrań okazała się pomysłem wcale w swej perfidii udanym i kilkakrotnie stosowano ją później.

Z kręgów ściśle związanych z „Jedynką” wyszła także inicjatywa powołania tzw. „Nowej Gromady”, której głównym zadaniem miało być stworzenie w szkole samorządu, będącego rzeczywistą reprezentacją uczniów.. Jej kulturalna działalność obejmowała patronat nad pismem „Za i obok”,  redagowanym nie tylko przez aktualnych uczniów „Reytana”, ale przede wszystkim przez absolwentów. Niewątpliwym brakiem w pracy redakcji była duża nieregularność w ukazywaniu się periodyku. Był on jednak bardzo popularny w całej szkole, pomimo niewielkiej liczby kolportowanych egzemplarzy. W roku szkolnym 1975/76 ukazały się trzy numery „Za i obok”.

Drugim reytaniackim pismem był „Hajd Park”, założony pod koniec roku 1975 przez uczniów ówczesnej klasy II-1 (humanistycznej). Ukazywał się w regularnych, miesięcznych odstępach. Publikacje hajdparkowskie z pierwszych miesięcy pisma wyraźnie ustępowały artykułom „Za i obok”,  z biegiem jednak czasu sytuacja uległa pozytywnym zmianom.

Oba pisma cieszyły się także dużą popularnością wśród nauczycieli. Były tolerowane przez dyrekcję, zdziwioną chyba i zaskoczoną tak ożywioną działalnością publicystyczną Reytaniaków. Na razie jednak nic nie zapowiadało kłopotów, które miały nastąpić i obie redakcje pracowały sumiennie nad podniesieniem poziomu swoich pism. Zamieszczano coraz więcej artykułów o bolączkach życia codziennego szkoły, a nawet próbowano zajmować się sprawami rozleglejszymi – jak szkolnictwo i nauczanie w PRL oraz prawa obywatelskie. Pojawiły się pierwsze próby literackie. Żadna cenzura nie istniała, lecz nie znaczy to, że dyrekcja szkoły nie dbała o „właściwy” charakter pism. Przykładem niech będzie ożywiona „Współpraca” z „Hajd Parkiem” inż. Marii Kowalczyk, nauczycielki chemii. Po jednym z artykułów, w którym powołano się na słynny 71 artykuł VII rozdziału Konstytucji z 1952 r. (mówiący o wolności słowa), Maria Kowalczyk wystosowała do redakcji list. Oto jego fragment: „Mili moi, wiadomo, że sondować i pisać to nie wszystko. Należy wyciągać wnioski i realizować własne pragnienia. Weźcie się za „coś” naprawdę i pokażcie cierniową drogę realizacji własnych zamierzeń (sic). Ale pisać tylko po to, aby zapełniać kolejne numery coraz znakomitszego zresztą „Hajd Parku”, to nie wystarczy. I w dodatku popierać to wszystko powoływaniem się na Konstytucję PRL. Nie obraźcie się kochani, ale takie pisemko jak Wasze nie powinno sięgać tak wysoko. Wystarczy zupełnie Kodeks uczniowski; do Konstytucji niech się odwołuje „Polityka” – to jej prawo i obowiązek. Wy na razie korzystajcie z praw jakie dała Wam  PRL”.

Sytuacja obu pism skomplikowała się bardzo pod koniec roku 1976, kiedy młodzież – dzięki pracy „Nowej Gromady” – zorganizowała demokratyczne, z powszechnym i bezpośrednim głosowaniem, wybory do Uczniowskiej Rady Szkolnej. Z dwóch głównych kandydatów jeden nie miał poparcia dyrekcji, doznał go natomiast jego kontrkandydat. Gorączkowa atmosfera, nie reżyserowane wiece wyborcze, kluby sympatyków – wszystko to sprawiało, że dyrekcja powoli traciła kontrolę nad wydarzeniami. Sytuacja taka nie mogła, oczywiście, trwać długo. Bezpośrednio przed wyborami wicedyrektorzy oraz wychowawcy wielu klas przeprowadzili pogadanki uświadamiające w poszczególnych klasach. Te zajęcia propagandowe miały przekonać uczniów, że ewentualny wybór pierwszego z kandydatów na tak eksponowane stanowisko zaszkodzi mu w dalszej nauce: przede wszystkim utrudni zdanie matury, a już na pewno uniemożliwi dostanie się na studia. Należy dodać, że zawsze należał on do grupy najzdolniejszych uczniów „Reytana”. Na te taktykę zdołano nabrać wielu uczniów. Kandydat akceptowany przez dyrekcję wygrał wybory. Opisana wyżej sytuacja nie została, oczywiście, zlekceważona przez reytaniackich publicystów, który satyrycznie skomentowali tę odgórnie sterowaną demokrację wyborczą. Pisma stały się dla dyrekcji niewygodne i na czas bliżej nie określony zakazano wydawać ich kolejne numery. Niebawem przyszło zarządzenie ówczesnego Kuratora Oświaty i Wychowania m. st. Warszawy, mgr. Romualda Lerskiego, „W sprawie nadzoru i kontroli nad niektórymi publikacjami szkolnymi i pomocami dydaktycznymi”. Dyrekcja nie mogąc już dłużej tolerować swobodnej i żywiołowej działalności pism, skorzystała z pomocy władz zwierzchnich.

Oto wybrane fragmenty Zarządzenia nr 78 Kuratora Oświaty i Wychowania z dnia 22 kwietnia 1976 roku:

„/.../             1. Nadzór ogólny i kontrolę nad wydawaniem i rozpowszechnianiem publikacji w Województwie Stołecznym Warszawskim sprawuje Kurator Oświaty i Wychowania. /.../

            3. Publikacje szkolne z dwiema recenzjami i wnioskiem administracji szkolnej o zezwolenie na druk i publikację, placówki przesyłają do merytorycznych działów Kuratorium Oświaty i Wychowania, które wnioski opiniują i przekazują do rozpatrzenia zespołowi Wojewódzkiej Inspekcji Szkolnej. /Mgr Tadeusz Szyndler – koordynator WIS, mgr Stanisław Celiński – st. wizytator WIS/.”

Okazało się więc niemożliwe kontynuowanie działalności publicystycznej. Widmo kilkustopniowej cenzury odebrało ochotę do pisania wszystkim zainteresowanym. W zamian dyr. Wyremba zaproponował... stworzenie gazetki ściennej.

W roku 1976 Włodzimierz Kisielewski, nauczyciel języka polskiego, powołał do życia Grupę Teatralną. Jej działalność była od początku bardzo dynamiczna: zrealizowano kilka spektakli, w tym „Wesele poety” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – przedstawienie kilkakrotnie prezentowane w szkole, w „Riwierze”na spotkaniach Nike 76 oraz na imprezach wyjazdowych, gdzie amatorska działalność grupy była nagradzana.

Apogeum ostatnich lat historii „Reytana” przypadło na wiosnę 1977 roku. Siedmiu nauczycieli: Anna Modrzejewska (język polski), Anna Sosin (język rosyjski), Stefania Światłowska (język łaciński), Wojciech Fałkowski (historia), Ireneusz Gugulski (język polski) oraz zatrudnione na godziny zlecone: Maria Kikolska (biologia) i Ewa Ostrowska (historia) podpisało list w sprawie powołania specjalnej komisji sejmowej dla zbadania wydarzeń czerwcowych 1976. Decyzją władz oświatowych profesorowie: Modrzejewska, Sosin i Gugulski mieli zostać przeniesieni do innych szkół, pozostali zaś oraz profesor Wiesław Żurawski, który wprawdzie petycji nie podpisał, ale był uważany niejako za ojca duchownego wspomnianej grupy nauczycieli – na emeryturę. „Reytan” zawrzał. Nie było nikogo, kto jawnie poparł by decyzję władz. Istniały natomiast różnice co do tego, jaką formę protestu zastosować. Zdecydowano się na petycję do I Sekretarza KC PZPR. Zrazu podpisało ją stosunkowo wielu uczniów. Dyrekcja i niektórzy uczniowie przystąpili jednak do planowej akcji „przekonywania” wychowanków o konieczności wycofania podpisów. Starano się wytworzyć atmosferę zastraszenia. Rozpuszczano plotki, że podpisujący list mają przekreślone szanse na zdanie matury i egzamin na studia, ponadto zaś ich rodziców czekają nieprzyjemności w pracy.

W stosunku do bardziej opornych stosowano metodę perswazji. Twierdzono mianowicie, że list może... zaszkodzić wyrzuconym z pracy nauczycielom. „To nie ma sensu” – słyszało się w kuluarowych rozmowach – „wysoko postawieni rodzice Reytaniaków oraz dawni uczniowie są w trakcie załatwiania sprawy. Petycja może przeszkodzić w pozytywnym doprowadzeniu jej do końca”.

Środki zastosowane przez dyrekcję szkoły dały niewielkie rezultaty – 159 uczniów utrzymało złożone podpisy. Obok nich list do Ministra Oświaty i Wychowania wystosowało 252 absolwentów. Osobną petycję skierowali do władz Związku Nauczycielstwa Polskiego nauczyciele „Reytana”.

Kuratorium Oświaty i Wychowania oraz komitet Dzielnicowy PZPR najwyraźniej zaskoczone i przestraszone rozwojem wypadków zorganizowały w „Reytanie” nadzwyczajną radę pedagogiczną. Wzięli w niej udział: ówczesny kurator Lerski, I sekretarz KD PZPR Mokotowa Pulkowski, inspektor oświaty dzielnicy Przybyłowicz oraz zastępca inspektora Czechowicz. W imieniu represjonowanych nauczycieli głos zabierali profesorowie: Gugulski, Sosin i Modrzejewska. Półgodzinna wypowiedź profesora Gugulskiego, charakteryzująca dokładnie sytuacje szkoły, szczególnie zdenerwowała „gości”, przygotowanych raczej na samokrytyke. Kurator Lerski powiedział m. inn., że władze oświatowe będą w pełni wykorzystywać prawo do przesuwania nauczycieli na inne stanowiska. „Jeżeli zajdzie potrzeba, zaczniemy przenosić nawet do przedszkoli” – mówił. na razie jednak groźby tej nie spełniono. Stracili natomiast dotychczasowe posady: Lerski, oddelegowany na funkcje I sekretarza KD PZPR Mokotowa, Pulkowski i Przybyłowicz. Niestety, jak się potem okazało, owo posiedzenie rady pedagogicznej było tylko wstępem do późniejszej planowej akcji, która doprowadziła do częściowego zastraszenia grona pedagogicznego „Reytana”.

Protesty nauczycieli, uczniów i absolwentów dały pewne rezultaty. Pozostawiono na dotychczasowych stanowiskach Annę Modrzejewską i Annę Sosin; wielokrotnie jednak wypominano im potem tę sprawę, a profesor Modrzejewską wręcz prześladowano z powodu niezależnych poglądów. Profesora Gugulskiego, sztandarową postać opisywanych wydarzeń, wielokrotnie represjonowanego, przeniesiono „z urzędu i bez zgody” do wolskiego Liceum im. Mikołaja Kopernika. Utrzymano też w mocy decyzję o zwolnieniach na emeryturę z tym, że profesor Światłowska uczyła w „Reytanie” jeszcze przez rok. Nie trzeba dodawać, że ci jakże zasłużeni dla szkoły pedagodzy odeszli bez słowa pożegnania i podziękowania. Najdotkliwiej odczuł to profesor Żurawski, który po rozstaniu z młodzieżą zapadł na ciężką chorobę. Nie dane mu już było wrócić do zdrowia...

Po pozbyciu się z „Reytana” części niepokornej kadry pedagogicznej władze kontynuowały akcję niszczenia liberalnej tradycji szkoły. Przy obu wejściach do budynku ustawiono dyżurnych, których obowiązkiem było notowanie nazwisk wszystkich „obcych” wchodzących na teren liceum. Był to, rzecz jasna, dodatkowy środek zapobiegawczy wobec natrętnych absolwentów. Ich chęć utrzymywania kontaktów ze szkołą, nie spotykana gdzie indziej na taką skalę, stała się niewygodna i niebezpieczna.

W roku szkolnym 1977/78 zorganizowano tylko pięć (zamiast ośmiu) klas pierwszych, eliminując przy tym profil humanistyczny. Nastąpiły zmiany w składzie dyrekcji: zwolniono trójkę dotychczasowych dyrektorów. Na miejsce Haliny Szczepańskiej przyszedł Janusz Olszewski, dotychczasowy wizytator-metodyk Kuratorium Oświaty i Wychowania m. st. Warszawy, aktualny funkcjonariusz ORMO. Jego dwuletnie na razie rządy zapisały się czarnymi zgłoskami w historii szkoły. Znienawidzony powszechnie przez uczniów i nauczycieli wiedział, że tylko prostackie, oparte na zasadzie „silnej ręki” rządy zapewnią mu dobrą opinię przełożonych. Dobrał sobie zresztą odpowiednich współpracowników, z których należy wymienić dyr. Wiewiórkowską, sekretarza POP-u Halinę Dominowską i nauczycielkę historii i pnos-u Dąbrowską. Ta grupa „wychowawców młodzieży” postanowiła przede wszystkim sparaliżować życie pozalekcyjne szkoły. Na imprezy odbywające się na terenie liceum po południu trzeba było uzyskać specjalną zgodę dyrekcji. Nie było mowy nawet o dyskotekach. Nie pozwolono na zorganizowanie wyborów do Uczniowskiej Rady Szkolnej według wzorów z lat poprzednich. Szblonowe wybory, które narzuciła dyrekcja, zostały przez dużą grupę uczniów zbojkotowane; kilkunastu z nich demonstracyjnie opuściło salę. Wyznaczony przez dyrekcję przewodniczący URS nie mógł – mimo najlepszych chęci – rozwinąć jakiejkolwiek działalności, tak że w praktyce jego funkcja ograniczyła się do powiadamiania o kolejnych zebraniach URS.

Na Dzień Nauczyciela w roku 1977 kilka klas czwartych przygotowało inscenizację fragmentów „Ferdydurke” Gombrowicza. Dobrze wyreżyserowane przedstawienie wywołało aplauz widowni. Na zakończenie przemówił dyr. Olszewski. „Przedstawiono tu obrazy z życia szkoły dawnej” – powiedział. „Możecie stwierdzić, jak bardzo różni się ona od współczesnej”. Było to powiedziane z całą powagą, lecz brzmiało jak żart. Nikt się jednak nie śmiał...

Wystawienie „Ferdydurke” było chyba ostatnim wielkim wydarzeniem kulturalnym „Reytana”. Wkrótce po nim członkowie URS – a raczej ci z nich, którzy chcieli cokolwiek robić – ogłosili przez rozgłośnię muzyczną oświadczenie wyjaśniające, dlaczego URS nie działa tak, jak pragnęliby tego uczniowie. W chwilę później z głośników popłynęły takty marszu pogrzebowego.

Na wiosnę roku 1978 dyrekcja i POP PZPR zanotowały niewątpliwy sukces. „Trybuna Ludu” z dnia 21 kwietnia z radością doniosła, że kilku abiturientów VI Liceum Ogólnokształcącego otrzymało legitymacje kandydackie PZPR. Partyjny dziennik przeprowadził wywiad z Bogusławem Podniesińskim, uczniem ówczesnej klasy IV-3, który fakt swego wstąpienia do partii tłumaczył tradycją rodzinną. Autorzy niniejszego szkicu sądzą, że tow. Bogusław Podniesiński, obecnie student Wydziału dziennikarstwa i Nauk Politycznych, powinien udzielić „Trybunie” jeszcze jednego wywiadu, w którym opowie, w jaki sposób dostał się na studia i jak bardzo pomogła mu w tym przynależność partyjna. Kto wie, może to będzie dobra reklama? Wszak dyr. Olszewski stwierdził, że do partii wstępuje młodzież najlepsza. Jest więc chyba i prawdomówna...

Ostatniego dnia Świąt Wielkanocnych 1979 r. środowisko ludzi związanych z „Reytanem” obiegła tragiczna wiadomość: zmarł profesor Wiesław Żurawski, absolwent i nauczyciel „Reytana”, szanowany i kochany przez pokolenia reytaniaków. Nieoceniony jako historyk, przeniesiony na emeryturę w czerwcu 1977 r., bardzo podupadł na zdrowiu. Po prostu – nie mógł żyć bez „Reytana”...

Zrozumiałe więc, że wszyscy dawni uczniowie chcieli jak najuroczyściej uczcić pamięć zmarłego Pedagoga. Przed szkołą wywieszono kir i klepsydrę żałobną. Dyr. Olszewski kazał je zdjąć; klepsydrę ponoć dlatego, że widniały tam litery Ś. P. Dyrektor nie wyraził też zgody na uczestnictwo sztandaru szkoły w uroczystościach pogrzebowych i dopiero interwencje u władz partyjnych sprawiły, że poczet sztandarowy znalazł się na cmentarzu. Jakkolwiek by nie tłumaczyć tego zajścia jedno jest pewne:  tym razem dyrekcja przekroczyła granice zwykłej ludzkiej przyzwoitości, która nakazuje nam szanować uczucia innych. I dobrze się stało, że nad trumną zmarłego przemawiał dawny dyrektor Stanisław Wojciechowski.

W tym roku po raz pierwszy zaobserwowano w „Reytanie” niedobór kandydatów do klas pierwszych. Luki zapełniono młodzieżą, która z braku miejsc nie dostała się do innych szkół mokotowskich. Zadziwiające, jak w ciągu kilku lat obniżył się autorytet liceum.

Dzień współczesny szkoły nie jest jednak – mimo różnorakich represji i utrudnień – tylko beznadziejną bieganiną z pracowni do pracowni na kolejne lekcje. Przykładem inicjatywy w starym, dobrym stylu może być zorganizowana w maju zeszłego roku przez 1WDH-a – z konieczności w mieszkaniu prywatnym – Pierwsza Jubileuszowa Wystawa Prasy Reytaniackiej. Znalazły się na niej obok wielu innych – wspomniane przez nas pisma „Za i obok” i „Hajd Park”.

W historii upadku szkolnictwa w PRL sprawa „Reytana” rysuje się wyjątkowo wyraźnie. Łatwo, ale i ciężko o niej pisać. Trudności sprawia brak wielu informacji, które może w bardziej obiektywnym świetle ukazałyby życie szkoły. Pewne rzeczy trzeba, niestety, przemilczeć, aby zapewnić zaangażowanym w nie ludziom bezpieczeństwo. Stąd właśnie wynikały kłopoty autorów. Łatwość w spojrzeniu na problemy szkoły umożliwia dystans do tego wszystkiego, co minęło w ciągu czterech lat nauki w szkole, lecz w pamięci – pozostanie na całe życie.

Jeszcze tylko dziesięć lat istnienia pozostało naszej szkole, jeszcze tylko dziesięć kolejnych studniówek, dziesięć matur i dziesięć balów maturalnych. Stare posadzki podniszczy w tym czasie kolejne kilka tysięcy reytaniaków, którzy po ukończeniu szkoły – miejmy nadzieję, nie bez pewnej dumy – nosić będą tradycyjne czerwone trójkąty z wpisanymi w nie literami TR – Odznaki Rodziny „Reytana”. Zresztą może dyrekcja i te drobiazgi zlikwiduje – po co nam tradycja, po co więź uczniowska, no po co... Z niepokojem zastanawiamy się, co się stanie z tym dziwnym człowiekiem, który – na płótnie uwieczniony – rozdziera sobie koszulę na piersiach, leżąc pod drzwiami u stóp jakiegoś tłumu. Pewnie zniszczeje gdzieś w kurzu i wilgoci magazynów, patrząc bez nadziei przed siebie. Ostatni wierny sobie. A może – przed ostatni...?

W styczniu 1980 roku.

           


Powrót do: Strona główna

Opracował: W. Rylski